Przejdź do głównej zawartości

Simple pleasures - 30 days challenge

Ciało, ciało, ciało! Ostanio za dużo się tym przejmowałam. A może właśnie za mało? Skupiłam się na objętości i kondycji zapominając o czym to ciało świadczy. Przeczytałam gdzieś, że jak uda nam się połączyć ze swoim ciałem to ono zacznie nam się opłacać za bezwarunkową miłość i akceptację, którą powinniśmy je darzyć.



Ale jak się z tym ciałem na powrót zjednoczyć? Piszę "na powrót", bo przecież kiedyś nie mieliśmy problemów związanych z ciałem i kompleksami. To było mniej więcej wtedy, kiedy umieliśmy czerpać czystą przyjemność z lektury, myśleć ponad podziałami i przyjmować świat takim, jaki jest, z niegasnącym zachwytem. Czyli wtedy, kiedy byliśmy mali.

Patrzę na swoją córkę, na swojego syna, i widzę ile radości czerpią ze swojego ciała i jak ciałem pięknie wyrażają emocje. Chyba to właśnie czyni dzieci tak rozkosznymi. Mój mały chłopiec wprost cudownie wyciąga swoje roszczeniowe rączki i zamiast wołać wciąż i wkoło "daj, daj" zaciska nieustannie piąstki jakby już chwytał swoją wyczekaną czekoladkę. Innym razem widzę jak moja zziajana córka leży na trawie a jej żebra unoszą się i płuca miarowo nabierają wielkie hałsty powietrza. Patrzę na jej zaczerwienione od biegu policzki, na jej kucyki radośnie podskakujące, kiedy cała cieszy się i wprost wzlatuje do góry z radości.

Czy my, dorośli, potrafimy jeszcze tacy być? Bezpruderyjnie celebrować własne ciało? Podobno tak. Podobno nie zdajemy sobie sprawy z tego jaką moc ma nasze ciało. Zobowiązuję się więc codziennie notować choć jedną pozytywną rzecz o swoim ciele. Może pod koniec tego wyzwania będę umiała lepiej samą siebie zrozumieć. Marzę by chłonąć świat wszystkimi zmysłami. Marudziłam strasznie, że macierzyństwo zamknęło mnie w domu, że nie mogę tak swobodnie podróżować. Zapomniałam przy tym, że moje ciało ciągle może doświadczać tych cudów związanych z byciem na świecie - a ja wszystko to zignorowałam. Mam nadzieję, że tych 30 dni będzie moją osobistą podróżą po moim własnym ciele. Here it comes...

Day 1

Lubię kiedy moje ciało... doświadcza upału. Zaparkowałam wczoraj auto pod przedszkolem, a potem o tym zapomniałam i zwyczajnie wróciliśmy do domu piechotą. Przyznaję, spacery z dziećmi nie należą do najprostszych. Męczę się bardziej niż na siłowni a trening interwałowy wykonuję od ręki. A w dodatku powietrze wprost lepiło się wczoraj od popołudniowego upału. Wszystko wokół wydawało się cięższe, bardziej gęste. Jakby moje ciało musiało pokonywać jakiś dodatkowy, niewidzialny opór - materię upału. Stopniowo na powierzchni mojej skóry zaczęła gromadzić się specyficzna warstwa - do lekko spoconych ramion przyklejał się pyłek z drzew rozrzucany przez niewidoczny wiatr, spadający na nas, kiedy chowaliśmy się w cieniu wielkich buków. Przyklejał się pył wzniecany przez maleńkie stópki moich dzieci i moje ciężkie kroki tuż za nimi. Czułam zapach nagrzanych alejek, które pod wieczór też zaczęły powoli parować. Miałam wrażenie, jakby i te opary przyklejały się do mnie całej czyniąc mnie jednocześnie cięższą, ale też jakby częścią świata, wspólnym elementem. Tak ciężko oddychało się w tym upale, że czułam jakby moje ciało wtapiało się w ten park, po którym moje nieustraszone dzieci ganiały brudne i szczęśliwe. A ja? Ja poczułam w końcu na sobie zapach lata, zapach wszystkich wędrówek górskich, przechadzek po włoskich, nadmorskich deptakach, pieszej wycieczki z plecakami. Czyżbym wszystko to miała na wyciągnięcie ręki? Nie znoszę upału - przynosi dyskomfort. Pocę się, nie sposób oddychać, wiecznie brudzę czymś sukienki (w których swoją drogą nie wyglądam najlepiej). A mimo to uwielbiam swoje ciało podczas upałów. Lepkie, ubrudzone wszystkim, co naniosą drzewa, wysmagane wiatrem, a póżniej, wieczorem to samo ciało w tym upale zmęczone - tym, że po prostu jest. I to bycie jest najwspanialszym uczuciem pod słońcem. Zupełnie, jakbym wdrapała się na najwyższą górę i czuła całą sobą swój trud i wysiłek bycia w zwykłym, letnim upale.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Z punktu widzenia mamy: Białka Tatrzańska - miejsce na urlop z dzieckiem?

Rodzinny wypoczynek w Białce Tatrzańskiej? To chyba jakiś żart. Wybierając to miejsce kierowałam się raczej udogodnieniami w hotelu i dobrą ofertą cenową, niż urokami miejscowości. No, bo kto z Was liczy na urocze i rodzinne chwile w zatłoczonym górskim top ten wakacyjnych wyjazdów?

Najgorzej byłoby chyba w samym Zakopanym. Białka Tatrzańska, Poronin i Bukowina Tatrzańska są na drugim miejscu jeśli chodzi o gwar, tłok i brak odpowiedniej infrastruktury urlopowo-dziecięcej. Samo miasto to tak na prawdę wieś biegnąca wzdłuż przelotowej trasy Zakopane-Nowy Targ. Ruch samochodowy jak w dużym mieście, chodnik wąski i tylko z jednej strony. Żadnych barierek - podziwiam rodziców puszczających swoje dzieci solo na takiej trasie. Wędrując z Kaniówki (gdzie mieszkaliśmy) do centrum Białki mija się najpierw enklawę pensjonatów dwugwiazdkowych i typowy polski, wakacyjny relaks. To oczywiście domy typu "U Joanny" czy "Pokoje u Basi" (przy dobrych wiatrach "Pensjonat pod Ta…

Siostra i brat, czyli jak nam się poukładały ostatnie dwa miesiące

"Będą jak bliźnięta. Już za rok córka będzie przekonana, że miała brata od zawsze" - powiedziała na którejś wizycie ginekolożka (pewnie na widok mojej niepewnej miny i generalnego zdenerwowania ówczesnym stanem rzeczy).

Moja siostra jest ode mnie dużo starsza. Kiedy ona szła do liceum, ja, gówniara, próbowałam śpiewać z playbacku Majkę Jeżowską na akademiach w podstawówce. Nie przyjaźniłyśmy się. Chciałam na siłę szybko dorosnąć, żeby się ze mną zakolegowała. W zasadzie się udało, ale dopiero całkiem niedawno. Wiadomo - mąż, dzieci, praca. Teraz, kiedy mamy jakąś wspólnotę doświadczeń dogadujemy się nawet nieźle. Wcześniej zdecydowanie nie. Dlatego chciałam, by moje dzieci miały więcej ze sobą wspólnego. Mała różnica wieku, którą im z mężem zafundowaliśmy miała temu sprzyjać. I muszę Wam napisać - jest bardzo dobrze!

Dzieciaki dogadują się ze sobą świetnie, mimo, że Polka porozumiewa się równoważnikami zdań (z lekką skłonnością ku sienkiewiczowsko-afrykańskiego diale…

Nie karmię piersią

Karmi się piersią. I już. I kropka. Niekarmienie piersią opatrzone jest współczującymi okrzykami, internetowym poklepywaniem po plecach i grupami wsparcia - bo wiadomo, że skoro piersią nie karmię, to musiało wydarzyć się coś absolutnie strasznego.

Nagłówki krzyczą, że w zasadzie nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, że to nic złego, albo, że też można poczuć się jak pełnoprawna matka. Deprecjonujące podejście do niekarmienia piersią widać choćby w tych artykułach, które mówią, że od dziś już nie trzeba się tego wstydzić. Ergo - trzeba było (najwyraźniej do wczoraj), wyrzuty sumienia też trzeba było mieć. Wespół oczywiście ze świadomością szkody dla dziecka. Niekarmienie piersią - oblanie społecznego egzaminu z macierzyństwa.

Ale zaraz, chwileczkę. Zanim terrorystki laktacyjne zaczną piłować klawiaturę wyjaśnijmy kilka stałych w równaniu tego całego niekarmienia. Przede wszystkim nie twierdzę, że karmienie piersią jest mniej wartościowe. Nie twierdzę też, że karmienie butelką jest lepsze…