Przejdź do głównej zawartości

Siostra i brat, czyli jak nam się poukładały ostatnie dwa miesiące

"Będą jak bliźnięta. Już za rok córka będzie przekonana, że miała brata od zawsze" - powiedziała na którejś wizycie ginekolożka (pewnie na widok mojej niepewnej miny i generalnego zdenerwowania ówczesnym stanem rzeczy).

Moja siostra jest ode mnie dużo starsza. Kiedy ona szła do liceum, ja, gówniara, próbowałam śpiewać z playbacku Majkę Jeżowską na akademiach w podstawówce. Nie przyjaźniłyśmy się. Chciałam na siłę szybko dorosnąć, żeby się ze mną zakolegowała. W zasadzie się udało, ale dopiero całkiem niedawno. Wiadomo - mąż, dzieci, praca. Teraz, kiedy mamy jakąś wspólnotę doświadczeń dogadujemy się nawet nieźle. Wcześniej zdecydowanie nie. Dlatego chciałam, by moje dzieci miały więcej ze sobą wspólnego. Mała różnica wieku, którą im z mężem zafundowaliśmy miała temu sprzyjać. I muszę Wam napisać - jest bardzo dobrze!

Dzieciaki dogadują się ze sobą świetnie, mimo, że Polka porozumiewa się równoważnikami zdań (z lekką skłonnością ku sienkiewiczowsko-afrykańskiego dialektu - Kali jeść słonia), a Adaś dopiero zaczyna wydawać z siebie dźwięki inne niż "le, le, le, le, le" w akcie mlecznej desperacji. Kiedy mały mówi swoje pierwsze "łał", "mmmm", "uuuu" Pola pochyla się nad nim zachwycona i wykrzykuje "GADA!".





Już od pierwszych chwil, kiedy tylko wróciliśmy ze szpitala (a Polka z wakacji u dziadków) praktycznie wyrwała mi małego z rąk, kazała sobie położyć na kolanach i od tamtej pory nie przestaje reagować na niego równie euforycznie - za każdym razem! Początkowo był dla niej chyba jak lśniący, nowy przedmiot. Interaktywna zabawka dla rodziców, coś fajnego. Stopniowo zaczęło się to zmieniać i malutka dostrzegła w końcu ludzką stronę swojego brata.  W ciągu dwóch miesięcy, z leżącego, śpiącego permanentnie noworodka Adaś stał się w oczach Poli upierdliwym młodszym bratem, którego równie często całuje i przytula co przedrzeźnia. Obserwowanie jak te uczucia się w niej budzą jest absolutnie cudowne! Kiedy maluszek desperacko domaga się kolejnej porcji jedzenia jego siostra odkrywa tajniki ironii i groteski. W cudownie dorosły sposób parodiuje "łe, łe, łe!".





Jakiś czas temu odwiedziła mnie koleżanka i mówi: "Jak ci się udało zrobić tak, żeby Pola nie była zazdrosna?". Coś odbąknęłam, że samo wyszło, zrobiłam kawy i zaczęłyśmy babskie ploty. Kiedy już poszła dopiero dotarło do mnie co powiedziała i zadumałam się nad własnym, macierzyńskim geniuszem. Czy rzeczywiście ja "to zrobiłam"? Czy może była to jakaś praca zespołowa z mężem, albo dzieło samej Poli i jej dojrzałości?

Nie dam Wam recepty na to, jak poukładać sobie dzieciaki. I moje są przecież krnąbrne jak mało które, wkurzają (a nawet wkurwiają) na potęgę i czasem, jak już pójdą spać, googluję żłobki z internatem - tak mnie nerwy roznoszą. Ale takich chwil jest u nas stosunkowo niewiele, więc coś musimy robić w domu dobrze, skoro pierwsze dwa miesiące z Adasiem były praktycznie sielanką.

Dzień zaczyna się obecnie koło 6:00-7:00 rano. Moi stali czytelnicy pewnie się zdziwią, bo przecież Polka zawsze była skowronkiem i zrywała się już o 5 nad ranem! Odkąd jest z nami Adaś śpi jakby lepiej. Kiepsko było na początku - budzili się na zmianę. Pomogły dwie rzeczy: Pola dostała większe, "dorosłe" łóżko i spodobało jej się spanie "na kuleczkę" - czyli w naszym małżeńskim łożu, wtulona w mój brzuch, zwinięta w kulkę. Przestaliśmy też dawać jej w nocy mleko - pije teraz trochę wody, przytula się do mnie i śpi do rana. Nie budzi jej nawet światło, kiedy przewijamy czy karmimy Adasia w tym samym pokoju. I śpią do cywilizowanej godziny, kiedy to Adaś upomina się o jedzenie, budzi Polę no i wstajemy wszyscy. Mąż przebiera małą, nocnik, ubranko (Czym do cholery różni się koszulka od podkoszulki? Gdzie znów przełożyłaś body? Czemu to wszystko jest poukładane kolorami?!) i wspólnie szykują dla nas śniadanie. Pola kładzie na stole talerze, sztućce, majonez, dżem. Kradnie z lodówki kostkę masła i ucieka z nim do pokoju. Innym razem z pietyzmem zatrzaskuje zabezpieczenie przeciwdziecięce na lodówce, zupełnie, jakby była dorosła. Nakarmiony Adaś w 90% daje się jeszcze uśpić na godzinkę, czasem krócej. Z głośnika leci nam co rano Trójka zagłuszana w połowie przez dźwięk laktatora i moje żądanie kromki z dżemem. Polka wcina jajko lub względnie parówkę i wyrywa się od stołu żeby obejrzeć "Gubidu", czyli Scooby Doo na 4-ce. Pozwalamy, bo po śniadaniu pięknie mówi "Dziękuję". Budzi się Adaś (o ile nie dołączył do nas w połowie śniadania), przebieram go w nową stylówkę, mąż rzuca nam po całusie i wychodzi do pracy. Na placu boju pozostaję sama.







Bajka trwa 30 minut, które wykorzystuję na kąpiel i względne ogarnięcie kuchni po śniadaniu. Adaś jara się ptaszkami na karuzeli a ja potrafię już wykąpać się na jednym obrocie tego urządzenia! Kończy się bajka, jest chwila niezadowolenia, ale zaraz potem Pola odkrywa, że ma przecież puzzle, klocki, książeczki, kasę, drewniane owoce i warzywa (a nawet mięsa i ser!), kuchnię i lalę więc zapętla się w swój świat a ja siedzę z Adaśkiem na fotelu, spokojnie go karmię i obserwuję moją cudowną, coraz bardziej samodzielną córeczkę.

Kiedy pogoda jest ładna wybieramy się na spacer. Tu jest trudniej, bo wózek podwójny, trzeba to cholerstwo jakoś znieść. Dzieciaki zakutać w stroje Pi i Sigmy, siebie w ogromną, pociążową kurtkę i jeszcze nie zwariować przy siedemdziesiątym ubieraniu tej samej rękawiczki. A wracając znów ten wózek jakoś wtaszczyć na górę - do czego wykorzystuję niecnie młodzież z pobliskiego zespołu szkół. Zawsze napatoczy się jakiś młodzik w towarzystwie trzech dziewczyn - nie odmówi.

Newralgiczne jest samo południe, bo oboje chcą spać jednocześnie. Czasem udaje mi się uśpić Adasia, czasem tulę dwójkę rozżalonych dzieciaków jednocześnie i usypiają mi zazwyczaj na tym fotelu do karmienia (bo propozycję, żeby się we trójkę po prostu położyć do jednego łóżka odrzucają oboje). To, że trzeba ich uśpić symultanicznie jest warte swojej ceny. Trud logistyczny rekompensują mi później blisko 2 godziny ciszy i spokoju. Pranie zrobię, kawę wypiję, obiad przygotuję, uzupełnię braki w konwersacjach towarzyskich z koleżankami - jednym słowem naładuję baterie, by po tych dwóch godzinach wskoczyć na najwyższe obroty z możliwych. Adasia układam sobie na poduszce do karmienia i podaję mu lewą ręką butelkę, prawą futruję Polkę obiadem i dziękuję w duchu  Matce Farmaceutce za podrzucenie mi Małego Królestwa Bena i Holly, bo gdyby nie ta bajka miałabym niedożywione dzieci a sama zdiagnozowaną nerwicę lękową. Ironiczny świat wróżek i elfów z dobrą dawką humoru sytuacyjnego, który dodatkowo jara moją córeczkę i pochłania ją na cały posiłek - to coś czego żadna matka nie powinna lekceważyć. Z ulgą wymieniłam irytującą familię świnek i idiotkę Ruby na dobrą i mądrą bajkę, która nawet mnie się nie nudzi. Finał sprawy taki, że ok 16:00 mam dwójkę najedzonych i zadowolonych dzieci, ja jestem w całkiem dobrej formie i właśnie do domu wraca mój mąż. 

Kiedy Pola była malutka jego obecność była dla mnie wybawieniem. Z ulgą oddawałam mu niemowlę i wykończona rzucałam się na pierwszy tego dnia posiłek. CO JA ROBIŁAM CAŁY DZIEŃ? Fakt, Pola była ciut bardziej absorbująca niż Adaś, ale na miłość boską - BYŁA JEDNA! A teraz, z dwójką dzieci, mam czystsze mieszkanie, niż jeszcze pół roku temu a na piecu finalizuję dwudaniowy obiad. Wieczorem pieczemy z Polą babeczki albo chleb, robimy coś z ciastoliny, czytamy książeczki a mąż tłumaczy coś Adaśkowi po męsku na macie ostro kibicując małemu w podnoszeniu główki. 

O 19:00 idziemy spać. Wspólnie kąpiemy Adasia. Pola pomaga przygotować kąpiel, potem stoi na schodkach przy wanience i myje Adasiowi nóżki, główkę, brzuszek. Kiedy ja usypiam małego z łazienki dochodzą dzikie piski Poli, która awanturuje się przy myciu głowy, albo snuje inne jeszcze negocjacje: bańki, nie ten płyn, inny ręcznik, zła piżama - wiadomo. Okręciła sobie ojca wokół palca i bezpardonowo nim dyryguje. A ten niespecjalnie się tym przejmuje i pozwala jej na wieczorną dawkę babskich fochów.

Kiedy w końcu usypiają oboje i w końcu mogę zacząć uczyć się do sesji. Ostatnio co weekend mam po dwa egzaminy albo dwa kolokwia do odhaczenia, więc roboty sporo. Czasem zastanawiam się, czy faktycznie bez tych studiów byłoby mi "tak łatwo", jak łatwo jest mi czasem z Adaśkiem, gdy Polka na spacerze albo u dziadków.

W zasadzie nie zastanawialiśmy się, jak to wszystko pochwytać - po prostu zaczęliśmy działać. Pola naturalnie weszła w nowy rytm, zajęła swoje miejsce w nowych zwyczajach i chętnie przyjęła na siebie nowe obowiązki. A ma ich całkiem sporo: nakrywanie do stołu przy śniadaniu, sprzątanie pokoiku przed snem, kąpanie z nami Adasia, sprawdzanie dlaczego Adaś płacze (Cytat - Pola: Mamo, Adaś, kupa, zjobił, Ja: Po czym wnosisz Kochanie? Pola: Eeeee, yyyyyy, eeee (imituje stękanie). Ja: !!!!). Do tego dochodzą obowiązki względem swoich zabawek. Zamiast odsuwać Polę od Adasia i czasu, który muszę mu poświęcić, nauczyłam Polę, że trzeba też: przewinąć lalę, nakarmić misia lodami, podać drugiej lalce mleczko, ugotować zupkę i poczytać myszce baję. Co prawda mam teraz gro maskotek w pieluszkach, ale za to moje dziecko nie czuje się odsunięte i nie słyszy tylko "poczekaj", "zaraz", "za chwilę" - które to swoją drogą słyszy, ale użyte dydaktycznie w sytuacjach, kiedy ma szansę się nauczyć znaczenia tych słów. Paradoksalnie teraz, kiedy jest Adaś, możemy z mężem częściej porozmawiać spokojnie, niż jeszcze pół roku temu. Pola uczy się, że rodzicom się nie przerywa w rozmowie, wie, że czasem muszę coś skończyć (rozwieszać pranie, robić obiad itp.) zanim do niej podejdę, a czasem ma się po prostu bawić sama - zostawiam ją w pokoju, aż nie jestem jej ewidentnie potrzebna. Adaś też wyczekuje swoje - zaprzyjaźnił się z karuzelą nad łóżeczkiem, kiedy muszę wykonać jakąś domową robotę, kiedy zajmuję się Polą lub kiedy po prostu nie mogę do niego od razu podbiec.

Czasem też porzucam swoje dzieci - w weekendy jawnie, kiedy po prostu jadę na uczelnię a one zostają z mężem; w tygodniu skrycie - kiedy obwieszczam wszem i wobec, że teraz "mama MUSI napić się kawy" i siadam na pół godziny przed telewizorem (robi się ze mnie prawdziwa kura domowa, bo czasem połaszczę się nawet na Wspaniałe stulecie, niczym moja własna matka!). 

A co w tym czasie robi moja rodzina? Rzeczy absolutnie wspaniałe: mąż trzyma Polę na rękach i razem pochylają się nad łóżeczkiem Adasia. Docierają do mnie strzępki rozmowy i plany, w co będą się bawić, kiedy maluch podrośnie. Innym razem jestem pełna podziwu dla Adasia, że przesypia gonitwy i wrzaski Polki, kiedy bawi się w berka (sama!). Scenicznym szeptem mówi: "Gotowiiii.... STALT!!!" i pędzi przed siebie od swojego pokoju do kuchni. Po upadku rozlega się tylko konstatacja "Bam" i już leci dalej. Czasem też słyszę, jak mąż próbuje być dla dzieci stanowczy i chce np. dosprzątać kuchnię po obiedzie a tam już "głodna" ("To trzeba było zjeść obiad"), "Tata, hopa hopa" ("A może dziś dla odmiany ty podniesiesz tatusia?".





Nie zawsze jest tak sielankowo. Dziś np. miałam ochotę ich wszystkich spakować i wysłać do narracji z Gwiezdnych Wojen ("Far, far away, in another galaxy..."). Czasem też niepedagogicznie puszczają mi nerwy i zdarza mi się bezrefleksyjne "NIE WKURWIAJ MNIE!" - na co przynajmniej zyskuję prawidłową reakcję wycofania się i zaprzestania wykonywania danej czynności (bezcenne). Tak, wiem, matka polonistka, a taką siatkę językową kształtuję - ale momentami mam to na serio w dupie. Czasem też Polka drze się jak opętana budząc Adasia, ten wkurzony rozpoczyna kontratak, a ja dziękuję w myślach Bogu, że trafił mi się głuchy sąsiad pod nami, a nad nami rodzina z piątką dzieci (rozumieją). A czasem po prostu boli mnie głowa / jestem niewyspana / reprezentuję sobą motto "Im gorzej wyglądasz, tym lepiej odpoczywasz" i snuję się po domu w wyciągniętym swetrze i opadających ciążowych dresach (hm... czas na jakieś zakupy!).

Ale generalnie jest bardziej niż OK! Teraz Adaś zaczyna coraz mniej spać, robi się coraz aktywniejszy i pewnie ta rutyna też nam się zmieni. Jestem jednak zwolenniczką zasady "Teraz będzie tylko lepiej" - na pohybel wszystkim orędownikom biadolenia rozwojowego ("Bo jak zacznie raczkować to zobaczysz", "Bo jak zacznie chodzić to zobaczysz" itp.) i już cieszę się na ich coraz bardziej świadome interakcje. Wczoraj, przykładowo, w ramach wspólnej zabawy Pola Adasia ugryzła w brzuch. Możecie sobie wyobrazić jakie rozpętała pandemonium. On na razie bezwolny i znosi siłę jej miłości bardzo cierpliwie, ale też jej się pewnie nie raz odwinie - jak przyjdzie pora. Na razie zaczyna rozsyłać nam swoje pierwsze, bezzębne uśmiechy - każdemu po równo: mnie, mężowi i Poli. To, jak cieszy się na jej widok, a ona jak wita go o poranku słowami "Cześć maluszku" równoważy cały trud opanowania dwójki dzieciaków. To i jeszcze dużo kawy ;)

Pozdrawiam,
Olga

Komentarze

  1. Brzmi naprawdę dobrze - no sielankowo wręcz :) Dzięki Ci za ten wpis bo jest nadzieja, że i u nas jakoś się ułoży. Na razie słyszę tylko zobaczysz będzie masakra, będziesz ledwo żywa itp. - doskonałe spostrzeżenia wprawiające w cudowny nastrój ehhh... U nas tylko szansa na podwójną drzemkę raczej marna, bo Zuzka odmówiła w tej kwestii współpracy jakiś czas temu. Za to noce super i też już w dużym, własnym łóżku - co i tak nad ranem kończy się wędrówką do nas z pluszakiem, poduszką i innymi niezbędnikami ;) ale śpi po 11-12 h więc nie mogę narzekać. W każdym razie życzę Ci, aby tak organizacyjnie Wam pięknie hulało jak najdłużej - maluchy na zdjęciach zakumplowane, więc czego chcieć więcej :) Pozdrawiam Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie jest do końca tak, że jestem pachnąca jak z żurnala i cały dzień w wałkach jak w latach 60-tych czekam z butelką schłodzonej Coli, aż mąż wróci z pracy ;) Jutro będę o 7:00 pod Lidlem polować na wygodne dresy ;) a bez korektora moje oczy wyglądają, jak po wojnie. Bywam zmęczona, niedospana (bo dwójka budząca się w nocy to kiepski deal) i bezsilna, ale spokojnie tym wszystkim wujkom i ciotkom dobra rada (jak u Ciebie) mogę powiedzieć: a figę!

      Usuń
  2. Przemiło się na nich patrzy :) A po Twojej relacji czekam, już spokojniejsza, na reakcję pierworodnego na pojawienie się w jego życiu braciszka - Bez zazdrości mam nadzieję. Monika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twój Tymek jest bardzo dojrzały, a za kilka miesięcy w ogóle będzie już dużym facetem. Z pewnością przyjmie braciszka z miłością i bez zbędnych scen ;)

      Usuń
  3. A ile razy w nocy budzi Ci się Adaś na karmienie? I czy budzi się poza porami karmienia?
    A Pola budzi się tak na przytulenie, czy na mleko?
    Naprawdę brzmi zachęcająco :) Dzisiaj rozmawiałam z koleżanką, która ma 5 lat rożnicy między dziećmi a młodsze ma 3,5 miesiąca i mówi, że cieszy się z takiej różnicy wieku, bo starszy już spokojny i rozumny, pomoże, poczeka. Jakby było wcześniej to byłaby masakra. ale wydaje mi się że to punkt widzenia związany z wygodą i strachem przed ewentualnym chaosem, z koniecznością pogodzenia potrzeb dwóch maluchów.
    Pzdr i oby tak dalej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aneto, Adaś budzi się tylko na karmienie 1, maksymalnie 2 razy. Ok 1:00 w nocy i ok 4:00 w nocy, przy czym coraz częściej budzi się tylko w okolicach tej 4:00 :) Pola budzi się na mleko, ale oduczamy jej tego, więc dostaje trochę wody. Czasem wystarczy ją przytulić i śpi dalej, a czasem bierzemy ją do nas do łóżka i śpimy razem. Czasem niestety harcuje dłużej i usypianie ponowne trwa ok godzinki, ale coraz mniej już takich incydentów.

      Różnica 5 lat jest z całą pewnością wygodniejsza dla mamy, ale z drugiej strony to rozwlekanie obowiązków przy maluchach na bardzo długo. Za dwa, dwa i pół roku moje dzieci będą już w przedszkolu, coraz bardziej samodzielne, a ja będę mogła skupić się na pracy zawodowej. Nie będę też już przerywać pracy na kolejne dziecko - dla mnie tak jest wygodniej.

      Usuń
  4. Też mam takie zdanie odnośnie różnicy wieku - nie ma co tego rozwlekać na tyle lat - jeśli będzie mi to dane, to również bym chciała dwoje maluchów "od razu".

    A jeszcze zapytam o cesarskie cięcie - jak zaszłaś w ciąże z Adasiem, to lekarz "nie straszył" Cię, że za wcześnie, ze względu na poprzednie cesarskie cięcie. Bo mnie mój straszy, że jeszcze mam poczekać, a moja córka ma obecnie 1 rok i 3 miesiące. Moja lekarz uważa, że po dwóch latach mogę się starać. Ja akurat w tej kwestii nie zamierzam jej słuchać, ale jestem ciekawa jak to wyglądało u innych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja ginekolog powiedziała, że w moim przypadku możemy zacząć starania po roku od cięcia. Tak też zrobiliśmy. Każda kobieta inaczej dochodzi do siebie po cesarce. Może Twój lekarz widzi, że u Ciebie gojenie się jest dłuższe? Blizna na zewnątrz goi się już po kilku tygodniach, wewnątrz po kilku latach. Mnie nikt nie ostrzegał, ale z perspektywy czasu lepiej byłoby poczekać chociaż pół roku dłużej. Moja ciąża była ciążą wysokiego ryzyka od kiedy blizna po poprzedniej cesarce zaczęła się rozchodzić. Pamiętaj, że będziesz obciążona nie tylko rozwijającym się dzieckiem, ale też starszakiem, którego trzeba będzie nosić, przekładać, gonić, wkładać do krzesełka itp. Nie polecam też rekonwalescencji po drugiej tak szybko wykonanej cesarce. Także mimo zielonego światła od ginekolog wolałabym poczekać dłużej.

      Usuń
  5. Moja lekarka, która jest dobrą specjalistką, akurat w ogóle nie spojrzała na bliznę na macicy, tylko z góry rzuca hasło 2 lata. Jak byłam u niej ostatnio, mówiąc, ze będzimy się starać o kolejne dziecko, powiedziała, że ok, ale jeszcze kilka miesiecy poczekać. Czyli w sumie dałaby przyzwolenie szybciej niż 2 lata.

    Fakt, rozejście się blizny to poważna sprawa, dlatego pewnie zakończono u Ciebie ciążę nieco szybciej. Dobrze, że wszystko skończyło się pozytywnie. To, że będę obciążona nie tylko ciążą a innymi obowiązkami wiem aż za dobrze :) bo u mnie sytuacja jest nieco inna, bo pierwszą ciążę przeleżałam prawie całą, więc nie nastawiam się, że będę normalnie funkcjonować i wszystko będzie ok w kolejnej. Nie wyobrażam sobie, by moja szyjka wytrzymała te wszystkie akrobacje, które trzeba wyczyniać przy 1,5 rocznym dziecku, jeśli nie dała rady, mimo, iż prawie cały czas leżałam i wstałam raptem na 2 tygodnie :(
    Dlatego, nastawiamy się, na kolejne leżenie i jakąs inną organizację życia. A jeśli jednak zostaniemy pozytywnie zaskoczeni i będę mogła działać normalnie, w co nie wierzę, to będę sie ogromnie cieszyć.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarz.

Popularne posty z tego bloga

Z punktu widzenia mamy: Białka Tatrzańska - miejsce na urlop z dzieckiem?

Rodzinny wypoczynek w Białce Tatrzańskiej? To chyba jakiś żart. Wybierając to miejsce kierowałam się raczej udogodnieniami w hotelu i dobrą ofertą cenową, niż urokami miejscowości. No, bo kto z Was liczy na urocze i rodzinne chwile w zatłoczonym górskim top ten wakacyjnych wyjazdów?

Najgorzej byłoby chyba w samym Zakopanym. Białka Tatrzańska, Poronin i Bukowina Tatrzańska są na drugim miejscu jeśli chodzi o gwar, tłok i brak odpowiedniej infrastruktury urlopowo-dziecięcej. Samo miasto to tak na prawdę wieś biegnąca wzdłuż przelotowej trasy Zakopane-Nowy Targ. Ruch samochodowy jak w dużym mieście, chodnik wąski i tylko z jednej strony. Żadnych barierek - podziwiam rodziców puszczających swoje dzieci solo na takiej trasie. Wędrując z Kaniówki (gdzie mieszkaliśmy) do centrum Białki mija się najpierw enklawę pensjonatów dwugwiazdkowych i typowy polski, wakacyjny relaks. To oczywiście domy typu "U Joanny" czy "Pokoje u Basi" (przy dobrych wiatrach "Pensjonat pod Ta…

Nie karmię piersią

Karmi się piersią. I już. I kropka. Niekarmienie piersią opatrzone jest współczującymi okrzykami, internetowym poklepywaniem po plecach i grupami wsparcia - bo wiadomo, że skoro piersią nie karmię, to musiało wydarzyć się coś absolutnie strasznego.

Nagłówki krzyczą, że w zasadzie nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, że to nic złego, albo, że też można poczuć się jak pełnoprawna matka. Deprecjonujące podejście do niekarmienia piersią widać choćby w tych artykułach, które mówią, że od dziś już nie trzeba się tego wstydzić. Ergo - trzeba było (najwyraźniej do wczoraj), wyrzuty sumienia też trzeba było mieć. Wespół oczywiście ze świadomością szkody dla dziecka. Niekarmienie piersią - oblanie społecznego egzaminu z macierzyństwa.

Ale zaraz, chwileczkę. Zanim terrorystki laktacyjne zaczną piłować klawiaturę wyjaśnijmy kilka stałych w równaniu tego całego niekarmienia. Przede wszystkim nie twierdzę, że karmienie piersią jest mniej wartościowe. Nie twierdzę też, że karmienie butelką jest lepsze…