Przejdź do głównej zawartości

Dzień Ojca

Dzień Ojca to takie nietypowe święto. Do tego stopnia, że mój własny tata ze zdziwieniem odnotował życzenia składane mu 23 czerwca. Tak nagle? Jak to tak? Przecież nigdy dnia taty się nie obchodziło. A przynajmniej nie hucznie. A już z pewnością nie przez córki. Dzień Matki to wiadomo, że się należy - cały ten poród, zarządzanie rodziną, ostry chów nakazów i zakazów grzmiących codziennie z jej kuchennego azylu - a niech ma, jeden dzień w roku. Ale ojcu to już świętować nie wypada, bo i kiedy on w tym domu bywa, skoro ciągle w pracy? A jak nie w pracy... to co z niego za ojciec?

Kiedyś ojca traktowało się nomen omen po macoszemu. W zasadzie mógł spokojnie, ze swojego fotela przed telewizorem, obeserwować jak stopniowo zmniejsza się jego władza w rodzinie. Ojcowie akceptowali, że w życiu mają wpływ na coraz mniej rzeczy, a władzę przejmują kobiety - meble, ubrania, nawet jego ubrania, kuchnia, dzieci - cały dom (a co za tym idzie całe życie) było w nieformalnym władaniu kobiety. A on miał pracować. Mógł po pracy odpocząć. Ale żeby się bachorami zajmować to już raczej nie. Nie, że nie kochał. Kochał, wiadomo! Inaczej by zostawił. Tylko jakoś tak niezręcznie było latać na te wszystkie wywiadówki. Niech matka idzie. Albo z córką sukienki kupować. Niech matka pójdzie.

Pamiętam jak mało taty było w moim codziennym życiu. Prym wiodła we wszystkim mama, a tata był bardziej od święta. Od wielkich rzeczy. Może przez to o wiele łatwiej było mi widzieć w nim ojca idealnego? Bo każdy weekend był jak święto pełne skrzących się nowością rzeczy i jedynych, najlepszych pomysłów. Pakował całą rdzinę do auta i jechaliśmy w sobotę do Krakowa, ot tak, bez powodu. Poprzechadzać się, na kawę siąść, zakupy jakieś może zrobić przy okazji. Albo zabierał nad na obiad - do wytwornych restauracji, tych na 3-ech Stawach. A i do staropolskich nas zabierał. Uwielbiałam to! Odświętne wyjścia po kościele. Czasem połączone z wycieczką, ze spacerem. Jura, niezmiennie skręcał w stronę wioski o naszym nazwisku. I zawsze wiele opowiadał. O tym jaka niesamowita była rodzina, a dziadek w szczególności. Ile zrobił, sam, na co zapracował. Ciężką pracę nam opisywał niczym najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa. A ja siedziałam przy kuchennym stole i wpatrywałam się w najdzielniejszego mężczyznę na świecie. Takiego, który przeżył już chyba wszystko, który góry potrafił przenosić, który zawsze był tak niesamowity. Mój tata. Kupujący drogie samochody, kurtkę dla mnie wykończoną prawdziwym futrem, buty dla mamy, takie same jak widziałam już w filmach. A najbardziej lubiłam kiedy był z nas dumny. Ze mnie i siostry. Kiedy mogłam podsłuchać jak nas chwalił. Ten twardy facet, który bardzo rzadko mówił te wszystkie ciepłe słowa. Ale to nic, i tak się wiedziało. Tyle ta mama opowiadała: jak nosił, pieluszki zmieniał, na spacery prowadzał. A ja do dziś pamiętam, jak wrócił w środku nocy z eksportu do Rosji i przywiózł mi pianinko ze śpiewającymi żabkami. Wiele, wiele lat upłynęło zanim znów tak mocno się ucieszyłam.

A teraz widzę jak dużo jest ojca w życiu moich dzieci. Widzę jak nosi, jak przewija, jak cierpliwie objaśnia im świat. Widzę jak siada z małą, pękającą od różu trzylatką na dywanie i bawi się z nią lalkami. Widzę jak milionowy raz układa z półtora rocznym chłopczykiem te same puzzle niezmiennie reagując zaskoczeniem na widok kraba. Every. Single. Time. Widzę jak zawiesza się razem z dzieciakami i ogląda Świnkę Peppę, jak niezmiennie w środku nocy budzi się z synem śpiącym mu na kolanach (i z połamanymi plecami wraca mozolnie do łóżka). Widzę jak wiele się nauczył, odkąd został ojcem: dawkowanie leków, różnica między body a rampersem, sukienką a spódniczką, wie jak odróżnić żabot od falbany i zna imiona wszystkich pluszaków w domu. Zna język, który składa się jedynie z "ka" i zawsze dokładnie wie o co chodzi. Nosi na barana. Na plac zabaw chodzi, zabiera na lody, do kaczek na spacer, futruje chrupkami, wozi na rehabilitację, jeśli trzeba, załatwia w NFZ-cie cały ten cyrk z papierami na dofinansowania. Generalnie zajmuje się rzeczami. Rozumie instrukcje i z mozołem gra w gry planoszwe dla trzyletnich dziewczynek. Robi to i jeszcze milion innych, drobnych cudów, które sprawiają, że moje dzieci są szczęśliwe.

Czy można być lepszym tatą? Lepszym niż taki ojciec, którego dzieci są szczęśliwe?

Pozdrawiam wszystkich tatusiów,
O.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Siostra i brat, czyli jak nam się poukładały ostatnie dwa miesiące

"Będą jak bliźnięta. Już za rok córka będzie przekonana, że miała brata od zawsze" - powiedziała na którejś wizycie ginekolożka (pewnie na widok mojej niepewnej miny i generalnego zdenerwowania ówczesnym stanem rzeczy).

Moja siostra jest ode mnie dużo starsza. Kiedy ona szła do liceum, ja, gówniara, próbowałam śpiewać z playbacku Majkę Jeżowską na akademiach w podstawówce. Nie przyjaźniłyśmy się. Chciałam na siłę szybko dorosnąć, żeby się ze mną zakolegowała. W zasadzie się udało, ale dopiero całkiem niedawno. Wiadomo - mąż, dzieci, praca. Teraz, kiedy mamy jakąś wspólnotę doświadczeń dogadujemy się nawet nieźle. Wcześniej zdecydowanie nie. Dlatego chciałam, by moje dzieci miały więcej ze sobą wspólnego. Mała różnica wieku, którą im z mężem zafundowaliśmy miała temu sprzyjać. I muszę Wam napisać - jest bardzo dobrze!

Dzieciaki dogadują się ze sobą świetnie, mimo, że Polka porozumiewa się równoważnikami zdań (z lekką skłonnością ku sienkiewiczowsko-afrykańskiego diale…

Z punktu widzenia mamy: Białka Tatrzańska - miejsce na urlop z dzieckiem?

Rodzinny wypoczynek w Białce Tatrzańskiej? To chyba jakiś żart. Wybierając to miejsce kierowałam się raczej udogodnieniami w hotelu i dobrą ofertą cenową, niż urokami miejscowości. No, bo kto z Was liczy na urocze i rodzinne chwile w zatłoczonym górskim top ten wakacyjnych wyjazdów?

Najgorzej byłoby chyba w samym Zakopanym. Białka Tatrzańska, Poronin i Bukowina Tatrzańska są na drugim miejscu jeśli chodzi o gwar, tłok i brak odpowiedniej infrastruktury urlopowo-dziecięcej. Samo miasto to tak na prawdę wieś biegnąca wzdłuż przelotowej trasy Zakopane-Nowy Targ. Ruch samochodowy jak w dużym mieście, chodnik wąski i tylko z jednej strony. Żadnych barierek - podziwiam rodziców puszczających swoje dzieci solo na takiej trasie. Wędrując z Kaniówki (gdzie mieszkaliśmy) do centrum Białki mija się najpierw enklawę pensjonatów dwugwiazdkowych i typowy polski, wakacyjny relaks. To oczywiście domy typu "U Joanny" czy "Pokoje u Basi" (przy dobrych wiatrach "Pensjonat pod Ta…

Nie karmię piersią

Karmi się piersią. I już. I kropka. Niekarmienie piersią opatrzone jest współczującymi okrzykami, internetowym poklepywaniem po plecach i grupami wsparcia - bo wiadomo, że skoro piersią nie karmię, to musiało wydarzyć się coś absolutnie strasznego.

Nagłówki krzyczą, że w zasadzie nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, że to nic złego, albo, że też można poczuć się jak pełnoprawna matka. Deprecjonujące podejście do niekarmienia piersią widać choćby w tych artykułach, które mówią, że od dziś już nie trzeba się tego wstydzić. Ergo - trzeba było (najwyraźniej do wczoraj), wyrzuty sumienia też trzeba było mieć. Wespół oczywiście ze świadomością szkody dla dziecka. Niekarmienie piersią - oblanie społecznego egzaminu z macierzyństwa.

Ale zaraz, chwileczkę. Zanim terrorystki laktacyjne zaczną piłować klawiaturę wyjaśnijmy kilka stałych w równaniu tego całego niekarmienia. Przede wszystkim nie twierdzę, że karmienie piersią jest mniej wartościowe. Nie twierdzę też, że karmienie butelką jest lepsze…