Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z listopad, 2016

Kolejny rok macierzyństwa

Dziś minął rok, odkąd zostałam mamą po raz drugi. Mam cudowne dzieci: córkę, w której widzę siebie samą, moją małą, prywatną elektrownię pozytywnej energii i syna, pogodnego, radosnego chłopczyka, który szturmem zdobywa świat.

Muszę Wam powiedzieć, że mimo wszystko - uwielbiam być mamą. Piszę "mimo wszystko", bo to w gruncie rzeczy nie jest takie oczywiste. Patrzę wstecz na ten ostatni rok i widzę, że było cholernie ciężko.

Pamiętam jak cesarka dosłownie zwaliła mnie z nóg. Do tej pory nie potrafię się po niej pozbierać. Moje ciało jest jak poligon po ciężkiej walce. Nigdy nie byłam jedną z tych matek, które ulegają presji społecznej i wkręcają się w eko-fit styl bycia. Nie wróciłam więc do formy "sprzed ciąży" (bo umówmy się, ostatnio "w formie" to byłam chyba w latach 90-tych!) - wręcz przeciwnie - dumnie obnoszę się z pociążową baby weight i wmawiam światu, że jestem pewną siebie kobietą, która świetnie czuje się w plus size. Po ciąży zmieniło się moje…

The art of living

Nie robię zbyt dużo zdjęć. Choć mogłoby się wydawać inaczej, bo Instagram jednak pęka w szwach - jesienne liście, kawusia w Ikei, atrakcyjnie kompozycyjnie dynie albo inne jesienne "ustawki" dekoracyjne. Nieodzownie kawa plus "Wysokie Obcasy".

Byłam wczoraj w Katowicach - jak nigdy w sprawach niezawodowych. Lunch z kolegami, spotkanie za Uczelni. Znajomi z Zachodu, więc nastawiłam się nawet na niespieszną eksplorację miasta i wzięłam aparat, którego nie wyjęłam nawet z torby. Tempo działań - własnych lub cudzych - sprawia, że moje "oko do detali" zauważa tylko piękne kadry. Ręka jednak zbyt zmęczona by sięgnąć do torebki po telefon i obojętnie przechodzę obok spektakularnego zachodu słońca bądź złotem płożących się po ziemi liści.

Dziś rano, o szóstej w sobotę (kto ma małe dzieci, ten wie) postanowiłam niekonwencjonalnie wybrać się do paczkomatu. Szybka wycieczka, trzy nowe pary spodni - założyłam, że to poprawi mi nadchodzący dzień, na który swoją drogą …

Jesienna matka depresyjna

Jesienna depresja to w sumie dość powszechne zjawisko. Po komfortowym ciepełku ostatnich letnich dni (nie za gorąco, ale też nie za zimno), po sporej wakacyjnej dawce witaminy D3 nagle na dworze jakby szarzej, chłodno.

Matka jest wiecznie źle ubrana. A przynajmniej matka w moim wydaniu. Wychodzę z dzieciakami, myślę sobie - będę cisnąć z tym wózkiem, mozolić się z krawężnikami, taszczyć wózek po schodach, wpychać go pod górę, gonić uciekającą dwulatkę i nieść buntującego się młodzieńca. Albo kawę - bo oczywiście nie mogę znaleźć mojego organizera ze Skip Hop (za który dałam krocie i który z pewnością wiele by mi ułatwił). W takiej sytuacji kurtka wydaje mi się zawsze zbędnym akcesorium - i tak cisnę ją z furią w czeluści wózkowego kosza a mimo to i tak będę ocierać pot jak oszalała. A tymczasem na dworze skromne 5 stopni i wiatr. Gnam więc truchtem dla rozgrzania się, robię wszystko z powyższych, a do tego jest mi pierońsko zimno.





Innym razem wybiegam do pracy. Ale zanim rączo zbiegnę…