Przejdź do głównej zawartości

Kolejny rok macierzyństwa

Dziś minął rok, odkąd zostałam mamą po raz drugi. Mam cudowne dzieci: córkę, w której widzę siebie samą, moją małą, prywatną elektrownię pozytywnej energii i syna, pogodnego, radosnego chłopczyka, który szturmem zdobywa świat.

Muszę Wam powiedzieć, że mimo wszystko - uwielbiam być mamą. Piszę "mimo wszystko", bo to w gruncie rzeczy nie jest takie oczywiste. Patrzę wstecz na ten ostatni rok i widzę, że było cholernie ciężko.

Pamiętam jak cesarka dosłownie zwaliła mnie z nóg. Do tej pory nie potrafię się po niej pozbierać. Moje ciało jest jak poligon po ciężkiej walce. Nigdy nie byłam jedną z tych matek, które ulegają presji społecznej i wkręcają się w eko-fit styl bycia. Nie wróciłam więc do formy "sprzed ciąży" (bo umówmy się, ostatnio "w formie" to byłam chyba w latach 90-tych!) - wręcz przeciwnie - dumnie obnoszę się z pociążową baby weight i wmawiam światu, że jestem pewną siebie kobietą, która świetnie czuje się w plus size. Po ciąży zmieniło się moje ciało i proporcjonalnie do niego, rotacji uległy wszystkie pozostałe obszary mojego życia. To co kiedyś napędzało mnie do działania i zdobywania świata, spontaniczność, niekonwencjonalność - wszystko to przekuło się w organizację życia codziennego. Ambicja zawodowa ustąpiła miejsca chęci posiadania wysprzątanego domu i wyprasowanego prania, a dotychczasowy potencjał literacki i naukowy, o który kiedyś się podejrzewałam, zamieniłam na sporadyczne wpisy na blogu i doraźną korespondencję z kolegami akademikami. Niewiele ze mnie zostało - takiej, jaka byłam. Ale, czy to źle?

Nie wiem czy źle. Jestem za to pewna, że nie łatwo. Chciałabym napisać tu jakiś banał - że przeszłam długą drogę do samoakceptacji, że poznałam tę nową osobę na wylot i teraz już sama ze sobą jestem na ty. Nic z tych rzeczy - ciągle staję się do końca kimś innym, transformacja jeszcze się nie zakończyła. Zastanawiam się wielokrotnie jak znalazłam się w tym miejscu - na parkingu całodobowego Tesco, w zimną, deszczową noc, ładująca zakupy do bagażnika. Prasująca do białego rana, gnająca przez fabrykę albo inną firmę na zajęcia z angielskiego, wracająca do domu wiejskimi opłotkami. Ucząca po domach po 12 godzin dziennie - dydaktyczne dno, można by powiedzieć. blisko 100% nadgodzin względem etatu nauczycielskiego, co wcale nie przekłada się na spektakularne zarobki. Kiedy wychodzę z kolejnej firmy wykończona całą dniówką konwersacji na temat spędzania wolnego czasu i poglądów na kwestie społeczne - marzę o moich dzieciach. Marzę o ich ciepłych rączkach na mojej szyi, o nosach wtulonych w nogawki moich spodni, kiedy wracam do domu. Marzę o pierwszym, nieporadnie wymawianym "mama" zestawionym z całkiem już zawadiackimi negocjacjami w kwestii długości dobranocki. Tęsknię nawet za Benem i Holly, bo wkręciłam się w fabułę tej (i wielu innych bajek)! Brakuje mi uślimptanych ubranek, rozwalonego wszędzie obiadu, zabawek walających się po całym domu. Jedyne o czym myślę, to ile tracę nie będąc z dziećmi cały czas - nie widzę pierwszych kroków (choć widziałam trzecie i czwarte!), pierwszej zbudowanej wieży z klocków, nie słyszę pierwszych słów. Mijają mnie cięte komentarze dwu-i-pół-latki, jej cudowne odkrycia, jakże logiczna składnia i to, jak patrzy na świat. Chcę do tego dobra i ciepła, którym epatują te małe, dziecięce ciałka spokojnie chrapiące w swoich łóżeczkach - bo wracam często za późno. Taszcząc te zakupy.

Zmiękłam. Jestem przez dzieciaki jak cienki Bolek - zupełnie przestałam się nadawać do oglądania filmów innych niż romantyczne komedie. Perspektywa ludzkiego cierpienia mnie przytłacza i pojawiły się jakieś pierwsze, uprzejme myśli pod adresem sąsiadki z parteru (a pani spod trójki na serio potrafi życie utrudnić!). Kocham wszystkie dzieci, obrosłam empatią niczym stare drzewo mchem. Oglądam wieczorami telewizję, przedkładam ciepło domowego ogniska nad wieczory na mieście z garstką przyjaciół, którzy nie opuścili szańców zaraz po pojawieniu się moich pociech na świecie.

A w weekendy gnam na uczelnię i dowiaduję się przeróżnych rzeczy o patologiach, diagnostyce zachowania, kategoryzacji zaburzeń. Bo mój dyplom (oba!) są w praktyce bezwartościowe. Czasem podejmuję jeszcze desperackie próby powrotu na statek, ale sama widzę jak długo trzeba płynąć i zrezygnowana ciągnę z powrotem na swoją macierzyńską wyspę.

W wolnych chwilach śledzę promocję na ubranka i pieluszki, czasem odrabiam braki w rodzicielstwie i to ja zostaję z dziećmi na posterunku. Co się wtedy dzieję? Mam dość. Tych wiecznych pretensji, permanentnych negocjacji. Irytuje mnie, że moje życie ogranicza się do przygotowywania posiłków, karmienia dzieci i sprzątania po jedzeniu. Więc się drę. Działam represyjnie, nie jestem ciepłą ostoją macierzyńskiej miłości. Bo pranie trzeba zrobić, poprasować, posprzątać zabawki z salonu. Po głowie chodzą mi ciągle nieprzygotowane zajęcia na kolejny dzień, więc denerwuję się bardziej. A potem przypomnę sobie jeszcze, że powinnam być inna: kochająca i rozumiejąca, konflikty rozwiązywać z namysłem i rozwagą, w skupieniu poświęcać czas na stymulację rozwoju moich dzieci sącząc latte. Bo kobieta w pewnym wieku już nie pije kawy tylko sączy latte, nie je kanapek w pracy tylko lunch i nie boli jej głowa tylko miewa migreny.

I mam wrażenie, że utknęłam chwilowo w tym nieprzyjemnym dysonansie. Blisko trzy lata temu wpatrywałam się w swój pierwszy, ciążowy brzuszek i oniemiała czekałam na to, co się stanie. Całkowicie mnie zaskoczyło to, co przyszło później. To wszystko, przed czym ostrzegały mnie zaprzyjaźnione mamy (albo zupełnie obce kobiety na ulicy!): śmierdzące pieluchy, nieprzespane noce, ból związany z porodem - to nic. Prawdziwy kaliber dzieje się w matce - wszystkie dylematy, szukanie na nowo swojego miejsca w świecie, próba refefinicji własnej tożsamości, rezygnacja z wielkich rzeczy i związana z tym praca od zaprzedzenia, przez gniew, aż do pogodzenia się z utratą wymarzonej pracy czy kariery. Wszystko to jest bombą, która nawet jeszcze nie wybuchła!

Czy rekompensata za codzienną pracę sapera jest wystarczająca? Gdybym nie miała społecznych odniesień powiedziałabym, że tak. W czterech ścianach domu, w cieple kaloryferów jest tak, jak powinno być. Trochę nerwowo, trochę sielankowo, generalnie jest dobrze. Dzieci mam najlepsze na świecie (wiadomo), a ich widok rozczula mnie do łez. Kocham ich i za nic nie zamieniłabym takiego życia na inne. Ale kiedy przychodzi mi to dzielić z pracą, z ambicjami, z samorozwojem i edukacją - wtedy trochę przekornie czuję, że to niesprawiedliwe. Że za dużo tego wszystkiego. A jednocześnie tak bardzo chcę i potrzebuję tych dodatkowych kontekstów. Impas.

Na szczęście już nie spadam w przepaść dramatycznie łapiąc się samodzielnej wyprawy do spożywczego jak wystającej skały. Wiem już, że nie wpadnę do rzeki gorącej lawy - spokojnie lecę w dół i nawet ciekawi mnie na czym wyląduję.

A dzieci? Dzieci teraz przekomarzają się w pokoju obok. Polce udało się właśnie rozpracować mechanizm wysuwanej kredki (a przy okazji zrobić dziurę w kartce, co jak wiadomo, jest wielką sprawą). Żądna pochwał tańcuje po pokoju dumna z siebie jak paw. A ja nie mogę uwierzyć, że taka jest już samodzielna, że kończyny jej się wydłużyły a w talii pojawiło się jakby wcięcie. Sama wybiera sobie sukienki i z upodobaniem stroi się w tiule. Jest księżniczką, wróżką, superbohaterem, piratem. Wycina nożyczkami laurkę dla pradziadka i jest przekonana, że jej urodziny będą już jutro. Adaś z cierpliwością stoika segreguje klocki i kolejno wrzuca je do sortera. Czasem zasuwa po pokoju z autkiem w rączce robiąc urocze "brum, brum". Wczoraj poznał smak czekolady i z wrażenia sam przeszedł od stołu do kanapy. Śmieje się perliście, kiedy tylko pojawiam się na horyzoncie i z upodobaniem puszcza bańki ze śliny mówiąc "mama". Mówi sporo, raczej słowa podstawowe, ale potrafi złożyć je w rozczulającą (o 11 w nocy!) prośbę: "Daj jajko". Myśli, że cała wiedza i mądrość życiowa kumuluje się w jego starszej siostrzyczce. Pozwala jej wozić się w wózku dla lalek, ale czasem to on wozi ją w tym samym sprzęcie śmiejąc się w głos. Przytulają się, biją, budzą się chrapaniem, jak mają katar. Zarażają się ospą i brudzą burakami - wszystko robią razem. Polka nie pamięta w ogóle ery sprzed Adasia, a Adamek pała bezbrzeżnym smutkiem, kiedy jego siostra wychodzi do przedszkola (ale też ceni sobie ten czas i potrafi wtedy przespać ciągiem 2 godziny!). Kocham ich.

Komentarze

  1. Ohh jak ja Cię rozumiem jestem dokładnie w tym samym miejscu... Pozdrawiam serdecznie Marta

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarz.

Popularne posty z tego bloga

Z punktu widzenia mamy: Białka Tatrzańska - miejsce na urlop z dzieckiem?

Rodzinny wypoczynek w Białce Tatrzańskiej? To chyba jakiś żart. Wybierając to miejsce kierowałam się raczej udogodnieniami w hotelu i dobrą ofertą cenową, niż urokami miejscowości. No, bo kto z Was liczy na urocze i rodzinne chwile w zatłoczonym górskim top ten wakacyjnych wyjazdów?

Najgorzej byłoby chyba w samym Zakopanym. Białka Tatrzańska, Poronin i Bukowina Tatrzańska są na drugim miejscu jeśli chodzi o gwar, tłok i brak odpowiedniej infrastruktury urlopowo-dziecięcej. Samo miasto to tak na prawdę wieś biegnąca wzdłuż przelotowej trasy Zakopane-Nowy Targ. Ruch samochodowy jak w dużym mieście, chodnik wąski i tylko z jednej strony. Żadnych barierek - podziwiam rodziców puszczających swoje dzieci solo na takiej trasie. Wędrując z Kaniówki (gdzie mieszkaliśmy) do centrum Białki mija się najpierw enklawę pensjonatów dwugwiazdkowych i typowy polski, wakacyjny relaks. To oczywiście domy typu "U Joanny" czy "Pokoje u Basi" (przy dobrych wiatrach "Pensjonat pod Ta…

Siostra i brat, czyli jak nam się poukładały ostatnie dwa miesiące

"Będą jak bliźnięta. Już za rok córka będzie przekonana, że miała brata od zawsze" - powiedziała na którejś wizycie ginekolożka (pewnie na widok mojej niepewnej miny i generalnego zdenerwowania ówczesnym stanem rzeczy).

Moja siostra jest ode mnie dużo starsza. Kiedy ona szła do liceum, ja, gówniara, próbowałam śpiewać z playbacku Majkę Jeżowską na akademiach w podstawówce. Nie przyjaźniłyśmy się. Chciałam na siłę szybko dorosnąć, żeby się ze mną zakolegowała. W zasadzie się udało, ale dopiero całkiem niedawno. Wiadomo - mąż, dzieci, praca. Teraz, kiedy mamy jakąś wspólnotę doświadczeń dogadujemy się nawet nieźle. Wcześniej zdecydowanie nie. Dlatego chciałam, by moje dzieci miały więcej ze sobą wspólnego. Mała różnica wieku, którą im z mężem zafundowaliśmy miała temu sprzyjać. I muszę Wam napisać - jest bardzo dobrze!

Dzieciaki dogadują się ze sobą świetnie, mimo, że Polka porozumiewa się równoważnikami zdań (z lekką skłonnością ku sienkiewiczowsko-afrykańskiego diale…

Nie karmię piersią

Karmi się piersią. I już. I kropka. Niekarmienie piersią opatrzone jest współczującymi okrzykami, internetowym poklepywaniem po plecach i grupami wsparcia - bo wiadomo, że skoro piersią nie karmię, to musiało wydarzyć się coś absolutnie strasznego.

Nagłówki krzyczą, że w zasadzie nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, że to nic złego, albo, że też można poczuć się jak pełnoprawna matka. Deprecjonujące podejście do niekarmienia piersią widać choćby w tych artykułach, które mówią, że od dziś już nie trzeba się tego wstydzić. Ergo - trzeba było (najwyraźniej do wczoraj), wyrzuty sumienia też trzeba było mieć. Wespół oczywiście ze świadomością szkody dla dziecka. Niekarmienie piersią - oblanie społecznego egzaminu z macierzyństwa.

Ale zaraz, chwileczkę. Zanim terrorystki laktacyjne zaczną piłować klawiaturę wyjaśnijmy kilka stałych w równaniu tego całego niekarmienia. Przede wszystkim nie twierdzę, że karmienie piersią jest mniej wartościowe. Nie twierdzę też, że karmienie butelką jest lepsze…