Przejdź do głównej zawartości

Między 50% a 150% normy

Ciągle nie mogę uwierzyć, że przychodzą takie chwile, kiedy faktycznie mam czas na pisanie. Pola coraz częściej czymś się sama zajmuje i wymaga coraz mniej animacji. Mam może wyrzuty sumienia, że czasem tym "czymś" jest bajka, że odcinki "Świnki Peppy" znamy całą rodziną niemal na pamięć - ale to chyba mój instynkt samozachowawczy. Inaczej ból głowy ze zmęczenia byłby nie do zniesienia a nienawiść do własnej rodziny rosłaby do niezdrowych rozmiarów.

Czytałam ostatnio (choć moja prasówka blogowa do super regularnej nie należy) u Ruby Soho, o tym, że dobrze jest czasem odpuścić. Sama pisałam nawet o tym, że rewizja priorytetów jest niezbędna do przetrwania. Ruby pisała o pragmatyzmie, ja o obniżaniu własnych standardów - wszystko po to, żeby przetrwać. Względnie w imię zachowania własnej suwerenności w nowej grupie, jaką jest rodzina.

Kiedy rodzi się dziecko zmieniają się role w domu. Przestajemy z ojcem dziecka być niezależnymi, młodymi lekkoduchami i musimy praktycznie z dnia na dzień zmienić się w pozbawionych egoizmu, odpowiedzialnych dorosłych. Pamiętamy też, jak przez mgłę, że rodzic kojarzył się nam, dzieciom, z obowiązkami i ciągłą krzątaniną w imię porządku i dobrego wychowania. Nic zatem dziwnego, że wchodzimy od w styl ekstremalnie zaangażowanego parentingu i robimy wszystko na maksa. A potem przychodzi słynna refleksja, że przecież nie zawsze wszystko musi być na sto procent, że tak, jak są w życiu każdej kobiety dni bez makijażu, to w życiu każdej matki może zdarzyć się dzież z nieumytym mieszkaniem albo fast foodem na stole. I dobrze, bo przecież te nasze wspomnienia z dzieciństwa nie zawierają w sobie chwil, kiedy szliśmy już spać a rodzice otwierali znużeni butelkę wina, kiedy nie sprzątali albo kiedy zostawiali nas z dziadkami, a sami szli w tango na całą noc ze swoimi znajomymi. Pamiętamy co prawda, jak zdarzało się to później, kiedy byliśmy już krytycznymi nastolatkami (i wtedy oczywiście traktowaliśmy to jako argument w sprawie porządku we własnych pokojach), ale wspomnienia pierwszych pięciu lat jakoś się zacierają.

Dobrze jest czasem zwolnić, zanurzyć się we własnym egoizmie, mieć swoją dawkę przyjemności (choćby to była kawa czy serial oglądany kosztem czytania dziesiątej książeczki, której Twoje dziecko i tak nie pożałuje), tylko po to żeby nie nazywać własnego życia "kieratem" a siebie "zombie". Nasze życie jest przecież szalenie krótkie. Średnio 80 lat! Nie ma sensu tracić najpiękniejszych chwil wczesnego dzieciństwa naszych pociech na samobiczowanie o nieumytą podłogę.

Łatwiej mi to pisać teraz, kiedy pojawiło się drugie dziecko, zmniejszył się drastycznie czas, którym dysponuję, zmęczenie proporcjonalnie się zwiększyło, a cierpliwość sięgnęła dna Rowu Mariańskiego. Priorytety same się przetasowały.

Łatwiej też pisać mi to mając świadomość, że to "odpuszczanie" nie jest standardem, że jednak na co dzień jestem taką mamą, jaką chciałam być, angażuję się często nawet na 150% i zdobyłam magiczną moc rozdwajania się między dwójkę moich dzieci (a czasem nawet roztrajania się na rozwieszanie prania albo gotowanie obiadu!). Moim zdaniem - to jest ten magiczny klucz do krainy matczynej szczęśliwości. Bilansowanie zaangażowania między 150% a 50% normy, przy założeniu oczywiście, że 100% normy to nie ideał, ale maksimum, które same jesteśmy w stanie osiągnąć (a mówiąc prościej, że jesteśmy najlepszymi matkami, jakimi tylko możemy być). 

To jest mój sposób na macierzyństwo. A jaki jest Twój?

Pozdrawiam,
Olga


Dziękuję, że mogłam gościć Cię na moim blogu. To bardzo prywatne miejsce, ale przecież tworzone z myślą o Was, czytelnikach. 
Wiem, że jest Was całkiem sporo, dlatego ciągle piszę. Piszcie i Wy, komentujcie, bo Wasz głos jest dla mnie jedyną przyjemnością, jaką czerpię z pisania. Każda opinia robi z tego bloga jeszcze lepsze i ciekawsze miejsce.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Z punktu widzenia mamy: Białka Tatrzańska - miejsce na urlop z dzieckiem?

Rodzinny wypoczynek w Białce Tatrzańskiej? To chyba jakiś żart. Wybierając to miejsce kierowałam się raczej udogodnieniami w hotelu i dobrą ofertą cenową, niż urokami miejscowości. No, bo kto z Was liczy na urocze i rodzinne chwile w zatłoczonym górskim top ten wakacyjnych wyjazdów?

Najgorzej byłoby chyba w samym Zakopanym. Białka Tatrzańska, Poronin i Bukowina Tatrzańska są na drugim miejscu jeśli chodzi o gwar, tłok i brak odpowiedniej infrastruktury urlopowo-dziecięcej. Samo miasto to tak na prawdę wieś biegnąca wzdłuż przelotowej trasy Zakopane-Nowy Targ. Ruch samochodowy jak w dużym mieście, chodnik wąski i tylko z jednej strony. Żadnych barierek - podziwiam rodziców puszczających swoje dzieci solo na takiej trasie. Wędrując z Kaniówki (gdzie mieszkaliśmy) do centrum Białki mija się najpierw enklawę pensjonatów dwugwiazdkowych i typowy polski, wakacyjny relaks. To oczywiście domy typu "U Joanny" czy "Pokoje u Basi" (przy dobrych wiatrach "Pensjonat pod Ta…

Siostra i brat, czyli jak nam się poukładały ostatnie dwa miesiące

"Będą jak bliźnięta. Już za rok córka będzie przekonana, że miała brata od zawsze" - powiedziała na którejś wizycie ginekolożka (pewnie na widok mojej niepewnej miny i generalnego zdenerwowania ówczesnym stanem rzeczy).

Moja siostra jest ode mnie dużo starsza. Kiedy ona szła do liceum, ja, gówniara, próbowałam śpiewać z playbacku Majkę Jeżowską na akademiach w podstawówce. Nie przyjaźniłyśmy się. Chciałam na siłę szybko dorosnąć, żeby się ze mną zakolegowała. W zasadzie się udało, ale dopiero całkiem niedawno. Wiadomo - mąż, dzieci, praca. Teraz, kiedy mamy jakąś wspólnotę doświadczeń dogadujemy się nawet nieźle. Wcześniej zdecydowanie nie. Dlatego chciałam, by moje dzieci miały więcej ze sobą wspólnego. Mała różnica wieku, którą im z mężem zafundowaliśmy miała temu sprzyjać. I muszę Wam napisać - jest bardzo dobrze!

Dzieciaki dogadują się ze sobą świetnie, mimo, że Polka porozumiewa się równoważnikami zdań (z lekką skłonnością ku sienkiewiczowsko-afrykańskiego diale…

Nie karmię piersią

Karmi się piersią. I już. I kropka. Niekarmienie piersią opatrzone jest współczującymi okrzykami, internetowym poklepywaniem po plecach i grupami wsparcia - bo wiadomo, że skoro piersią nie karmię, to musiało wydarzyć się coś absolutnie strasznego.

Nagłówki krzyczą, że w zasadzie nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, że to nic złego, albo, że też można poczuć się jak pełnoprawna matka. Deprecjonujące podejście do niekarmienia piersią widać choćby w tych artykułach, które mówią, że od dziś już nie trzeba się tego wstydzić. Ergo - trzeba było (najwyraźniej do wczoraj), wyrzuty sumienia też trzeba było mieć. Wespół oczywiście ze świadomością szkody dla dziecka. Niekarmienie piersią - oblanie społecznego egzaminu z macierzyństwa.

Ale zaraz, chwileczkę. Zanim terrorystki laktacyjne zaczną piłować klawiaturę wyjaśnijmy kilka stałych w równaniu tego całego niekarmienia. Przede wszystkim nie twierdzę, że karmienie piersią jest mniej wartościowe. Nie twierdzę też, że karmienie butelką jest lepsze…