Przejdź do głównej zawartości

Rodzimy po cesarsku, karmimy, bluesujemy - jesteśmy rodzicami (czyli 6 doba po porodzie)

Wróciłam do domu ze szpitala, a ze mną świeży, rumiany bobasek. Mieliśmy dwa plany na powrót - realizowaliśmy trzeci. Polka wpadła do domu nakręcona na "dzidziuś" i "Adaś" - w momencie zaczęła swojego młodszego braciszka ściskać i całować (bez taryfy ulgowej). Moja mama pomaga jak może, mąż dostał L4 na dwa tygodnie, żeby się nami opiekować - nic tylko rodzić te dzieci, prawda? A tymczasem swój warsztat zamykam i nie mam zamiaru więcej na porodówce się pojawiać.

Poród to coś bardzo intymnego - przynajmniej w sferze społecznej. Pytają ciężarną "kiedy rozwiązanie" i enigmatycznie pomijają fizyczny aspekt całego momentu narodzin. Metafizyczny kontekst, który nakłada się na rodzenie ubiera to doświadczenie w znamiona magicznego momentu pełnego zjawiającej się w zasadzie znikąd matczynej miłości. Z DUPY, A NIE ZNIKĄD! Kurtuazyjne pieprzenie o "rozwiązaniu" ma się do jakiejkolwiek formy porodu jak przysłowiowa pięść do oka.

Miałam cesarkę, więc nie rodziłam. Dziecko z brzucha mi wyjęli. Poszłam na łatwiznę, albo dałam w łapę lekarzowi. Oczywiście lekarz leniwy, bo cięliśmy na zimno i olałam całą dogmatykę bliskości związaną z porodem naturalnym.

W obliczu takiej retoryki mogę jedynie parsknąć śmiechem leżąc na płasko na stole operacyjnym. Od czego by tu zacząć? Od podłożenia pod nóż wygłodzonej ciężarnej, rozebranej do naga przy całym zespole operacyjnym, znieczulonej od pasa w dół - leżącej jak mięso do rozbioru? A może od tego, jak bezsilną się jest na takim stole operacyjnym, kiedy cały poród dzieje się poza matką, za zieloną płachtą, pośród kurtuazyjnej wymiany zdań między lekarzem operującym i anestezjologiem? Mechanika narodzin dziecka i brak możliwości kontroli - samo to już jest przerażające. Spadki tętna, podniesione głosy, krzątanina, leki dodawane do kroplówki, coś wstrzykiwane dożylnie - wszystko to nie jest pójściem na łatwiznę. Jest przerażające.

Może i w momencie porodu nie ma bólu, ale jest inny, większy - emocjonalny. Choć o cesarkach mówi się z perspektywy czasu - że jeśli cierpienie to po operacji - to i tak samo wydarzenie jest wystarczająco traumatyczne. Perspektywa bezsilności, zależności od instrumentów medycznych i wiedzy lekarza, perspektywa zostawienia dziecka z personelem medycznym w pierwszych chwilach życia - sielanka, co? Zupełnie nie współgra to z moim wyobrażeniem o macierzyństwie, pełnym opieki już od pierwszego momentu życia dziecka. Nie daje mi to poczucia komfortu, który mi się zarzuca - leżenie na sali pooperacyjnej w bólach, bez możliwości ruchu, z myślą o nieporadnym i opuszczonym noworodku gdzieś na drugim końcu piętra.

Rekonwalescencja po cesarce - sanatorium to nie jest. Pozbawienie ciała motoryki a kobiety godności - a i owszem. Zostawienie jej fizjologii na wierzchu, teatr uprzejmości między położną a położnicą - czy pomoże mi wstać z tego łóżka, czy trzeba dać jej w łapę za uprzejmość?

Jak wyglądają pierwsze doby po cesarce? Gdyby nie kobiecy wymiar sprawy powiedziałabym, że chujowo. Leżysz na płasko, głowa może chodzić na boki i tyle. Bez czucia w nogach, za to wraca już czucie w okolicach rany ciętej. Nowe procedury zalecają położenie na tym właśnie miejscu, świeżo rozciętym, zmasakrowanym i zaszytym zawiniętego w materiał bloku lodu w celu szybszego obkurczenia macicy. Nie dość, że ktoś właśnie wlazł do mojego ciała z rękami, skalpelem i innymi utensyliami chirurgicznymi, to jeszcze kładą mi na to solidny obciążnik i mówią z dezaprobatą "Noooo, jeszcze trochę". Zostawiają taką delikwentkę samą. Leki przeciwbólowe? Anestezjolog zlecił, lekarz nie podpisał, dostanie pani jak skończy się obchód. Leżysz nieporadnie, nieskładnie, napierdala cię całe ciało, a po głowie kołacze się jedynie, że poszłaś na łatwiznę. Po jakimś czasie przychodzą lekarze, ty nadal goła pod kołdrą, oni bezceremonialnie oceniają fachowość swojej roboty. Krwawisz już nie tylko zewnętrznie, ale też godnościowo - a najlepsze przed tobą!

Szczerze polecam pionizację po cesarce. Wstajesz pół godziny. Chcesz się wić z bólu, ale nie da się, bo każdy ruch wzmaga jeszcze szarpanie w podbrzuszu. Młoda, nawet miła położna próbuje cię motywować. Koło porodu nawet nie stała, wiedza widać książkowa. Jest 5:00 rano, ona kończy swoją zmianę i jesteś jej ostatnią pacjentką do postawienia na nogi - będzie komfortowo myślisz sobie.

Poganianie położnicy do łazienki jak świni do chlewu, w krwistej smudze upokorzenia, bólu i braku wiary w siebie samą - tak się wstaje po cesarce. 

A potem musisz to robić sama co chwila - przy rodzinie wpadającej na krótkie "No, jak się tam czujesz?", albo lepiej jeszcze "Karmisz już?" zwlekasz się z łóżka modląc się, by nie zauważyli uwalonego podkładu na łóżku, wystającej podpaski poporodowej, brudnej koszuli, wykrzywionego bólem ryja (bo o twarzy nie ma już tu mowy). Upocona wracasz z łazienki na łóżko, które jest iście szpitalne, niewygodne, twarde i masz na nim wrócić do formy po jednym z najgorszych doświadczeń, jakie przeszłaś. A kiedy już wszyscy wyjdą musisz w tym barłogu szpitalno-emocjonalnym zająć się swoim nowonarodzonym dzieckiem. Musisz i nikt ci w tym nie pomoże, bo prezes szpitala tak zdecydował. Wiadomo - rodzi w ten sposób co dwa dni, wie jak to jest, ma facet rację.

Szpital w Zabrzu, gdzie rodziłam, pobił na głowę Ligotę sprzed dwóch lat. Pozytywnie pobił. Komfortowe dwuoosobowe sale z łazienkami - wyobraźcie sobie, jaki luksus ma rodząca w CSK na sali z ośmioma innymi babkami (sala pięcioosobowa dodam), z kiblem na końcu korytarza do wspólnego użytku, jawny PRL w designie i takaż mentalność położnych z piekła rodem. Tu w Centrum Zdrowia Kobiety i Dziecka uświadczyłam o wiele więcej empatii, pomocy i uprzejmości w jednym dniu, niż w Katowickim kołchozie przez tygodniowe wczasy. A mimo wszystko czułam się podle. Jakby medycyna urządziła sobie ze mnie poligon i tratowała mnie coraz to nowymi atrakcjami: alergia na leki przeciwbólowe i powrót do formy w zasadzie "na żywca", zależność ciała od obcych osób, brak pomocy przy dziecku i oschłość większości lekarzy. Cud narodzin i faktycznie łatwizna - myślałam co chwila: w nocy, kiedy Adam płakał o mleko, a ja byłam dopiero 15 cm powyżej poduszki i wyłam razem z nim z bólu, kiedy dreptałam do łazienki co kroczek powtarzając jak mantrę "nie", kiedy wylewały się ze mnie zgromadzone przez 9 miesięcy miesiączki, kiedy pozbawiano mnie prywatności i szacunku do ciała.

A potem wróciłam do domu. I zaczęłam ryczeć - w zasadzie już w samochodzie. Wyrwałam się ze szpitala jak na skrzydłach, nieświadoma ile jeszcze czeka mnie bólu, nim ostatecznie będę w stanie ogarnąć wszystko, co mnie czeka. Otworzyłam paczkę gratisów ze szpitala a tam uśmiechnięta broszurka od Pampersa, która przekonuje, że "przewijanie to pestka" - kto bałby się przewijania, skoro czeka go karmienie piersią? Mały w szpitalu dostawał mleko z butelki - mojego nie było. W domu nawał pokarmu a dzidziuś nie ma pojęcia co z piersią zrobić. Ja podobnie - oboje nie mamy ochoty na to karmienie. On drze się przy przystawianiu przez pół godziny, wymęczony usypia po zjedzeniu 5-minutowej zajawki karmienia. Żółtaczka, choć fizjologiczna, galopuje. Dostaje butelkę - śpi. Piersi eksplodują - odciągam pokarm i może to jest wyjście? Przykuć się na kolejne miesiące do laktatora?

Jak miałoby to inaczej wyglądać? Adaś wyjący w niebogłosy, jak Polka przed nim - że piersi absolutnie nie? Ja spocona, w jakiejś pokracznej pozycji karmiąca go godzinami, jednocześnie biegająca za Polka, która wchodzi na stoły, blaty, żyje na krawędzi? Tak ma wyglądać moje podwójne macierzyństwo?

Po karmieniu Polki nie mam najmniejszej ochoty na karmienie piersią kogokolwiek - choćby to było moje, kochane i uwielbiane przez matkę dziecko. Nie chcę histerii swojego syna, mojego stresu i poczucia niespełnionego obowiązku. Żaden domorosły ekolog mi nie wmówi, że zabieram tym samym dziecku naszą więź i bliskość. Serwując mu butelkowy fast food daję mu spokój, ukojenie, pełny brzuszek, spokojną matkę i dom pod kontrolą. Co lepsze? Dla mnie wybór jest oczywisty.

Nie ma żadnych względów medycznych, które w MOIM rozrachunku wynosiłyby takie karmienie piersią nad sztuczne. Histeria to nie jest macierzyństwo, złość i frustracja to nie jest macierzyństwo. A odporność i inne cuda wianki nie zależą jedynie od mleka mamy. Nie chcę i nie będę karmić piersią. Mogę trochę poodciągać, w wolnych chwilach. Robić jakąś prywatną wersję karmienia mieszanego - jeśli uszczęśliwi to terrorystki laktacyjne.

Ale wszystko to na MOICH WARUNKACH i wtedy, kiedy mam czas, a nie wtedy, kiedy będę miotać się jak z macierzyńskiej dubeltówki między Polką i Adasiem. 

Za mądra jestem na to, by zaszczuł mnie internetowy hejt. Bo hejtu jest wiele: na karmienie butelką, na karmienie piersią, na noszenie, na wózki, na pracujące mamy, na mamy w domu, na ojców zajmujących się dziećmi, na wielorazowe pieluchy i na pampersy - hejt, hejt, hejt. A ja mam go głęboko w dupie, bo jestem mamą, mamą dwójki dzieci i wszystko co robię (albo będę robić) robię najlepiej - najlepiej, jak potrafię.

Ważne jest dla mnie tylko jedno: mieć szczęśliwe, zdrowe dzieci. Mieć z nimi dobre relacje i mieć rodzinę, która nie zeświruje przez żaden etap rodzicielstwa - NIE MACIERZYŃSTWA, RODZICIELSTWA WŁAŚNIE. Robimy to z mężem we dwójkę, razem odczuwamy trudy opieki, karmienia i nocnych pobudek. Razem przechodzimy baby blues i razem cieszymy się z naszych dzieci.

Pozdrawiam,
O.




Komentarze

  1. "pozbawiano mnie prywatności i szacunku do ciała."

    W jaki sposób pozbawiono Cię tego - byłaś w szpitalu, miałaś wykonane cesarskie cięcie a co się z tym wiąże konieczna była opieka nad Tobą oraz konieczność podołania tej sytuacji przez Ciebie. Naturalne jest wówczas przecież, że personel medyczny musi Cię oglądać, jeden, drugi lekarz, położne. Naturalne jest, że musisz sobie radzić sama, na ile masz sił ze wszystkim. Naturalne, że musisz zacząć chodzić, czy tego chcesz czy nie. Naturalne jest, że krwawisz, że leci z Ciebie czasem na korytarzu, czasem w łazience. Ja również to wszystko przeżyłam i w ogóle do głowy nie przyszło mi, by tak traktować to wydarzenia, jak coś najgorszego co mnie w życiu spotkało. Wiele z tych sytuacji ma miejsce również przy porodzie naturalnym. Gdy rodzisz silami natury, również nie masz do końca wpływu na to co się będzie działo, kto Cię będzie oglądał, patrzył, dotykał. Taka rzeczywistość. Gdybyś chciała inaczej to zostaje poród naturalny w domu ze swoją położną i wtedy masz intymność, spokój.

    Szpital nigdy nie daje Ci żadnej intymności!!!! Tam jesteś pod opieką personelu medycznego, jesteś pacjentem, a nie Panią Kasią Malinowską. I tak to jest. CC to operacja, trąbią o tym wszem i wobec i czujesz się po tym, dokładnie chujowo, ja strasznie byłam w szoku, że faktycznie nie czuje tych nóg, próbowałam nimi ruszyć a tu nic. Również wstawanie było dla mnie jak wejście na Kasprowy Wierch przy mojej obecnej kondycji fizycznej. Miałam cesarke o 15.25 a rano o 8.00 miałam iść pod prysznic, prawie zemdlałam, położna powiedziała, że jak nie dam rady, mam nie iść. Ale naprawdę, naprawdę, nie traktowałam tego jako koniec świata, jako zamach na moją prywatność, godność. Tak się urodziło mojej dziecko i ja musiałam cierpliwie dojść do siebie. Krok po kroku. Etap w życiu, jego element.

    Poza tym poród, jakby nie patrzeć i nie zliczać ile musisz znieść, daje ogólnie pozytywne zakończenie, radość, która przychodzi prędzej czy później. Natomiast jest wiele sytuacji, w których ludzie są w szpitalu, są bardzo chorzy, a miesiąc wcześniej byli panami swojego ciała, swojego życia a teraz nie mogą NIC. Mają pieluchy, cewniki, robią kupę pod siebie, obce niemiłe baby muszą ich przemyć, przebrać, nakarmić i zrobią to kiedy mają ochotę.

    Czasem nie warto tak podkręcać dramatyzmu sytuacji, w której w danym momencie się znaleźliśmy, szczególnie jeśli chodzi o poród - miliony kobiet to przechodzi i daje radę.

    Oczywiście muszę dodać, że każdy ma prawo do swoich odczuć, ale ja chciałam rzucić hasło, że czasem nie warto się tak spinać, tylko cieszyć się tym co mamy. Masz zdrowego, napewno ślicznego synka. Taki los kobiet, że muszą to przejść. Więc Twój fragment o porodzie i czasie po, jest dla mnie niezrozumiały.

    Jeśli chodzi o karmienie piersią i decyzji o ni podejmowaniu prób, by miało to miejsce, to rozumiem Cię bardzo - tu sytuacja jest długoterminowa, można temu nie podołać. A zgadzam się, że szczęśliwa rodzina i szczęśliwa Ty jest najważniejsza. Jeśli czujesz, że da Tobie to karmienie mm to rób to i nic się nie martw:)

    A na koniec oczywiście gratuluje i życzę powodzenia w opiece nad synkiem i życzę jak najszybszego ogarnięcia tego chaosu:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kimkolwiek jesteś (co to za moda na anonimowe komentowanie podpisanych blogów...): wyobraź sobie, ze bywałam juz w szpitalach i byłam mobilizowana po operacjach rownież w takim albo innym znieczuleniu i takiego upodlenia nigdy nie przeżyłam! Za pierwszej cesarki było gorzej, teraz ciut lepiej - położne super. Ale wierz mi - wszystko da sie inaczej zrobic. Np opiekę lekarska, badania, wizyty itp. Lekarz lekarzowi nie równy. A Ty moze przechodziłas swoje zabiegi lepiej albo masz inny stosunek do własnego ciała.

      Usuń
  2. Oczywiście masz rację, że mogłoby to inaczej wyglądać - większa empatia, większa pomoc, lepsze wsparcie. Niemniej uważam, że w wielu miejscach odniosłaś się do samej fizjologii tego rodzaju porodu, który po prostu trzeba przejść w tym momencie.

    Piszesz na przykład: leżącej jak mięso do rozbioru? A jak chciałabyś mieć wyjęte dziecko? No musisz leżeć odkryta od pasa w dół. Ja już nie pamiętam czy miałam jakąs koszulę na sobie czy nie, napewno piersi miałam przykryte. Ryczałam wtedy jak bóbr z emocji (bo poród naturalny skończył się cesarką) i nikogo to nie interesowało. Wszystkim na sali zależy, by wszystko odbyło się z powodzeniem i napewno nikt nie traktuje Cię jak mięso. Jeśli rodzisz naturalnie, to przychodzi do Ciebie co chwila położna i wkłada rękę w pochwę trylion razy, by sprawdzić to i owo. Ja przed swoim porodem oraz w trakcie miałam wkładaną tam rękę naprawdę wiele razy. Wkurzało mnie to wtedy, ale cóż, taka potrzeba - mogłam nie zachodzić w ciąże - a jakiegoś aparatu do sprawdzania rozwarcie jeszcze nie wymyślili.

    "Chcesz się wić z bólu, ale nie da się, bo każdy ruch wzmaga jeszcze szarpanie w podbrzuszu" - tak jest po cesarce, ja również byłam zszokowana, że 8h po cięciu karzą mi wstać a 16h po, muszę iść do łazienki. Do łazienki prawie nie poszłam, prawie się poddałam, bo nie mogłam wytrzymać z bólu, nie mogłam się wyprostować.
    Zafundowałam nam na sali wielką kałuże krwi, bo zachciało mi się iść do zlewu umyć ręce, których nie myłam dobę. Poleciało, że nie było czego "łapać", po nogach, stopach, na podłogę chlup - wielka, wielka powódź.

    Długo by pisać. Moja rekowalesencja w szpitalu, jak widzisz, nie była wzorcowa i łatwa, było wiele sytuacji podbramkowych, w których, gdyby nie towarzyszyły porodowi, spaliłabym się ze wstydu. A tymczasem, ja nie spinałam się przy tym, nie oblewałam się wstydem, nie analizowałam, nie rozdzierałam szat. Wiedziałam, ze to potrwa dzień, może dwa. Że to poród, że tak to jest.

    Dlatego chodziło mi głównie o wskazanie, że jak dla mnie to nie jest najgorsza rzecz w życiu, nie kojarzę tego z upodleniem, zabraniem godności dla własnego ciała. Owszem nie jest to codzienne doświadczenie, trzeba się wyzbyć wstydu, wzbić się na wyżyny swoich możliwości w zakresie walki ze swoim ciałem, bólem, ale są momenty w życiu, kiedy od nas mało zależy i m.in jest to poród i dochodzenie po nim. Po prostu większy luz jest potrzebny.

    A jeszcze dodam, że nie mam innego stosunku do własnego ciała - na pływalni, nie biegam z piersiami na wierzchu, nie wystawiam tyłka, bo przecież same babki. Wręcz przeciwnie, zakrywam się, kombinuje jak te majtki i biustonosz założyć, żeby nikt nie zobaczył więcej niż chce. Wstydliwa jestem. Ale poród to co innego.....
    Owszem, masz rację, szpitale funkcjonują, jak funkcjonują, wiele pozostawia to do życzenia Personel w połowie do wymiany.....
    Mi brakowało i brakuje tego, że przy cesarce nie dbają o kontakt dziecka z mamą, zaraz po wyjęciu z brzucha. Mnie zszywali długo ze względu na moje kłopoty z krzepliwością krwi ( stąd też ten okropny, wiekszy niż u innych ból, dłużej utrzymujący się, niemożność wyprostowania się, bo mnie bardzo mocno pozszywali). W tym czasie córka spokojnie mogłaby poleżeć mi na piersi - fakt miałam tam poprzypinane te pluskwy od monitoringu. Ale mimo wszystko, powinni się nad tym pochylić i coś wymyśleć by kłaść dzidziusia mamie. Wyciągnęli ją z brzucha i polecieli do badań, jakby się paliło. Potem mi w locie pokazali. I dali zawinietą tacie. To powinno się zmienić.

    Pisałaś, że zabrali Ci synka na inne piętro - ja miałam córkę cały czas na sali - została przystawiona do piersi, bez sukcesu - co moim zdaniem była winna nawiedzonej położnej. Potem ubrała ją i położyła w tym pudełku koło mojego łożka. Do 11.00 czyli przez 20 h po cięciu zajmowały się nią położne - wiele nie trzeba był robić, bo większość spala. Więc jeśli Ci go zabrali, to rzeczywiście, moim zdaniem, powinni zmienić procedury.

    No nic długo by tu pisać- w każdym razie - polecam naprawdę częsciej wrzucić na luz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja nie polecam i wkurwia mnie take podejście jak Twoje. Nie muszę i NIE POWINNAM tak tego przechodzić. A skoro juz to widzisz sama - potwierdzasz każde moje słowo. Dokładnie to samo piszesz. To, ze nie masz z Tym problemu to Twoja sprawa. Ja mam. I w tym kontekście uwazam, ze nazywanie cesarki łatwizna jest niesprawiedliwe, krzywdzące. Bo wiesz, to przecież NIE BYŁ PORÓD TYLKO OPERACJA! Jest roznica w podejściu społecznym i w oczekiwaniach mam, ktore wierzą, ciagle naiwnie wierza, ze cesarka jest jakoś lepsza niż poród naturalny - o którym tu nie pisze i nic mi do tego. Jesli juz ccesz komentować to rób to prosze zgodnie z intencja tekstu i nie przekonuj autora, ze wiesz lepiej. To moj tekst na blogu, ergo obrazuje moj punkt widzenia, nie Twoj - a Ty zwyczajnie to psujesz bo ogolna idea widzę mocno Ci umknęła.

      Usuń
    2. Nie zgodzę się z Tobą, że idea, aż tak mocno mi umknęła, bo sama stwierdziłaś, że potwierdziłam sama, jak sprawy się mają po cesarce. Nie neguje tego, że cesarka to ciężka przeprawa, że przez 2 doby myślisz sobie, że nie dasz rady i już, że gdyby nie dziecko to byś to wszystko olała a wszystkich wysłała w kosmos, żeby Ci nie truli i nie przeszkadzali. I jeżeli tekst miał pokazać naiwnie wierzącym przyszłym mamom, że cesarka będzie dla nich lepsza, łatwiejsza to ok. Co do faktów podanych zgadzam się w 100 %. cesarka tak wygląda i nie ma czego zazdrościć.

      Nie mniej jednak dodajesz tutaj swoje odczucia, używając takich stwierdzeń jak "mięsie do rozbioru", "zabranie godności" "zabranie szacunku do ciała". Tego nie rozumiem, aż tak silnych emocji. Bo powtórzę jeszcze raz, jak mieli Ci przy cesarce wyjąć dziecko - no musisz się położyć na stole - i na co tutaj się wściekać, jak piszesz "wkurwiać" i dlaczego czuć się aż, jak "mięso do rozbioru"? Że leci krew, no musi lecieć, jak ma się macica oczyścić, podczas okresu też leci mocniej jak wstajesz. Każdej kobiecie leci.

      Nie spieram się do faktów, które podałaś, ale do Twoich odczuć, niestety, ich opisu. Dziwię się, że aż tak mocno Cię to boli, choć wiem, że kazdy ma prawo do swoich odczuć. Dlatego wspomniałam, zaproponowałam większy luz, wobec tej sytuacji oraz wobec życia w ogóle.
      Wszystko jest kwestią podejścia do życia, czy chcesz się wkurwiać czy chcesz zachować spokój, mimo wszystko i nie dać panować emocjom w swoim życiu w sytuacjach, przez które trzeba przejść, czy tego chcesz czy nie.. Myślę, że nie zrozumiemy się na tym polu, bo uważam, że masz naturę buntownika Tak wnioskuje, po czytaniu Twoich wpisów - i o zgrozo - nie krytykuje Cię - bądź sobie jaka chcesz:) Też kiedyś byłam podobna do Ciebie, ale życie mnie niestety dość mocno doświadczyło i paradoksalnie, zamiast się jeszcze bardziej wściekać jak jest okropne, znalazłam sposób na radzenie sobie z trudnościami, bo inaczej bym eksplodowała i zwariowała.

      A komentuje akurat przy tym temacie, bo bliski jest mi temat cesarek oraz bliska jest mi psychologia. Zauważyłam, że bardzo chcesz pokazać, jak ciężka jest cesarka - przykro mi, że w swoim środowisku nie odnajdujesz pełnego zrozumienia wobec tej sytuacji, bądź uważasz, że ogólnie krązy opinia w świecie, że cesarka to łatwizna. Ja akurat w swoim środowisku nie mam nikogo, kto by powiedział, że cesarka to łatwizna i wiele osób mnie "załowało", że w taki sposób musiałam radzić. Więc w tym temacie mam również inne doświadczenia.

      To na tyle, życzę powodzenia w byciu mamą!!!
      Pozdrawiam,

      Usuń
    3. Trudno, nie można wybierać sobie czytelników - taka natura bloga. Nie zawsze trafiają tu ludzie, którzy kumają o czym i dlaczego piszę. Ale też taki przywilej bloga, że "wolnoć Tomku w swoim domku". Jesteś w swoich komentarzach pełna niesprawiedliwych ocen wynikających ni mniej, ni więcej z powierzchownego odczytania tekstu-tekstów. Zdarza się, trudno.

      Usuń
  3. A ja kocham Cię za ten wpis! Za prawdę, za emocje, za to, że ubrałaś w słowa wszystko to, co sama czułam przy cesarce, z tą różnicą, że mnie uśpili, nawet nie wiem kiedy, bo już ledwo kontaktowałam to co się ze mną działo po 12 godzinach porodu naturalnego. Dla mnie wszystko to, co działo się do momentu cięcia - odchodzące wody, bóle krzyżowe, rozwarcie na 8 cm i skurcze parte trwające od godziny to pikuś przy tym co czułam po cięciu - gdy o 23 po 8 godzinach od cesarki z rurką w brzuchu i pojemniczkiem na krew i drugą rurką z pojemniczkiem na mocz zaiwaniałam pod prysznic wstając ze łzami w oczach ze zbyt wysokiego jak dla kobiety po cesarce łóżka, z którego założenie klapek pod prysznic graniczy z cudem bez pomocy osoby z zewnątrz... I tak przeżywam to do dziś, półtora roku po operacji (bo z porodem to dla mnie wiele wspólnego nie miało, wszak ja spałam a nie rodziłam) mimo wdzięczności dla sił wyższych, że mój Bąbel, mój malutki Adaś żyje i ma się dobrze. Czy wdzięczność i radość z tego, że wszystko skończyło się tak jak marzyłam nie mogą funkcjonować OBOK tych rozczarowań i lęków, które przeżyłam, obok upokorzenia, bólu i bezradności, a nie ZAMIAST nich? Cesarka była dla mnie szokiem, bólem, rozczarowaniem, bezradnością, czystą naturalistyczną fizjologią, której nie cierpię i nie akceptuję. I mam do tego prawo, by czuć się z tym niekomfortowo, by żałować, że nie przytuliłam i nie zobaczyłam mojego dziecka przez 24 godziny po 'porodzie'. Dlatego wydaje mi się, że rozumiem o co chodzi w Twoim tekście..

    Niemniej jednak wiem, że teraz musicie być przeszczęśliwi, wdzięczni i zakochani w swoim Adasiu po uszy, tak jak my zakochani jesteśmy w swoim. I dlatego kochani gratulacje dla Was i zdrowia dla Maluszka:) A dla Ciebie dużo cierpliwości, bo Adasie to niezłe ancymony:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już się nie mogę doczekać, kiedy on zacznie broić! Jakoś okres niemowlęcy nie jest dla mnie najlepszym - jest sielankowy, tulisz to dziecię czy ono chce, czy nie ;), ale poznawanie jego osobowości, kiedy już ją przejawia - to jest hit!

      A co do cesarki - nic chyba dodawać nie muszę :) Dzięki za miłe słowa.

      Usuń
  4. w moim środowisku rownież rodzą się dzieci i w większości przypadków poród był doświadczeniem trudnym, traumatycznym, okupionym cierpieniem, ale takiej dramaturgii to jeszcze nigdzie nie widziałam! Hormony szaleją? Gdyby moja mama tak przedstawiła mi dzień w którym przyszłam na świat, byłoby mi bardzo trudno z tą myślą. Twój syn też kiedyś może to przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nawet córka! I szczerze mówiąc nie widzę w tym problemu. Z czym byłoby Ci trudno? Z tym, że Twoja matka cierpiała przy porodzie? Pewnie cierpiała nawet bardziej bo 20-30 lat temu inaczej się rodziło. A warunki w szpitalach były jak z horroru! Godność kobiety nie istniała. Porody odbierane przez pijanych lekarzy? Norma. Cesarki robione przez cały brzuch, a nie w dole brzucha? Też standard. Opieka poporodowa? Tylko za dopłatą. Sale ośmioosobowe - i to nie po porodzie, ale w trakcie porodu! Na bloku! Do tego ból, częste straty dziecka z winy powikłań - nie było USG, nie było możliwości pomocy. Do tego jeszcze brak wsparcia partnera, a raczej jego mocne zaangażowanie w trunkowy obyczaj powitania dziecka na świecie i kobieta sama sobie zostawiona nie tylko w szpitalu, ale i później? Niezdiagnozowany baby blues i depresja poporodowa? Wydaje mi się, że kiedy moja mama mnie rodziła, kilkanaście godzin w TAKICH warunkach - było nawet gorzej niż jest teraz. I jakoś nie mam z tego tytułu traumy - wręcz przeciwnie. Kocham ją jeszcze mocniej.

      Usuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarz.

Popularne posty z tego bloga

Z punktu widzenia mamy: Białka Tatrzańska - miejsce na urlop z dzieckiem?

Rodzinny wypoczynek w Białce Tatrzańskiej? To chyba jakiś żart. Wybierając to miejsce kierowałam się raczej udogodnieniami w hotelu i dobrą ofertą cenową, niż urokami miejscowości. No, bo kto z Was liczy na urocze i rodzinne chwile w zatłoczonym górskim top ten wakacyjnych wyjazdów?

Najgorzej byłoby chyba w samym Zakopanym. Białka Tatrzańska, Poronin i Bukowina Tatrzańska są na drugim miejscu jeśli chodzi o gwar, tłok i brak odpowiedniej infrastruktury urlopowo-dziecięcej. Samo miasto to tak na prawdę wieś biegnąca wzdłuż przelotowej trasy Zakopane-Nowy Targ. Ruch samochodowy jak w dużym mieście, chodnik wąski i tylko z jednej strony. Żadnych barierek - podziwiam rodziców puszczających swoje dzieci solo na takiej trasie. Wędrując z Kaniówki (gdzie mieszkaliśmy) do centrum Białki mija się najpierw enklawę pensjonatów dwugwiazdkowych i typowy polski, wakacyjny relaks. To oczywiście domy typu "U Joanny" czy "Pokoje u Basi" (przy dobrych wiatrach "Pensjonat pod Ta…

Siostra i brat, czyli jak nam się poukładały ostatnie dwa miesiące

"Będą jak bliźnięta. Już za rok córka będzie przekonana, że miała brata od zawsze" - powiedziała na którejś wizycie ginekolożka (pewnie na widok mojej niepewnej miny i generalnego zdenerwowania ówczesnym stanem rzeczy).

Moja siostra jest ode mnie dużo starsza. Kiedy ona szła do liceum, ja, gówniara, próbowałam śpiewać z playbacku Majkę Jeżowską na akademiach w podstawówce. Nie przyjaźniłyśmy się. Chciałam na siłę szybko dorosnąć, żeby się ze mną zakolegowała. W zasadzie się udało, ale dopiero całkiem niedawno. Wiadomo - mąż, dzieci, praca. Teraz, kiedy mamy jakąś wspólnotę doświadczeń dogadujemy się nawet nieźle. Wcześniej zdecydowanie nie. Dlatego chciałam, by moje dzieci miały więcej ze sobą wspólnego. Mała różnica wieku, którą im z mężem zafundowaliśmy miała temu sprzyjać. I muszę Wam napisać - jest bardzo dobrze!

Dzieciaki dogadują się ze sobą świetnie, mimo, że Polka porozumiewa się równoważnikami zdań (z lekką skłonnością ku sienkiewiczowsko-afrykańskiego diale…

Nie karmię piersią

Karmi się piersią. I już. I kropka. Niekarmienie piersią opatrzone jest współczującymi okrzykami, internetowym poklepywaniem po plecach i grupami wsparcia - bo wiadomo, że skoro piersią nie karmię, to musiało wydarzyć się coś absolutnie strasznego.

Nagłówki krzyczą, że w zasadzie nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, że to nic złego, albo, że też można poczuć się jak pełnoprawna matka. Deprecjonujące podejście do niekarmienia piersią widać choćby w tych artykułach, które mówią, że od dziś już nie trzeba się tego wstydzić. Ergo - trzeba było (najwyraźniej do wczoraj), wyrzuty sumienia też trzeba było mieć. Wespół oczywiście ze świadomością szkody dla dziecka. Niekarmienie piersią - oblanie społecznego egzaminu z macierzyństwa.

Ale zaraz, chwileczkę. Zanim terrorystki laktacyjne zaczną piłować klawiaturę wyjaśnijmy kilka stałych w równaniu tego całego niekarmienia. Przede wszystkim nie twierdzę, że karmienie piersią jest mniej wartościowe. Nie twierdzę też, że karmienie butelką jest lepsze…