Przejdź do głównej zawartości

Co to za trend na biczowanie?

Po reakcji na mojego ostatniego posta ciśnie mi się na klawiaturę jedynie soczyste: o ja pierdolę. I serio rozważam włączenie moderacji w komentarzach, bo takiego podejścia się nie spodziewałam. Czytałam już tu i ówdzie, na blogach, że największe szczucie fundują kobiecie inne matki, ale nie sądziłam, że i w tym temacie!

Cesarka jaka jest - możecie przeczytać tutaj. Tak, taka jest - ni mniej, ni więcej. Podsycana hormonami i wszystkimi, możliwymi negatywnymi uczuciami. Nie wiem, jak z porodem naturalnym, ale szacuję, że mistycznego przeżycia to raczej mniejszość kobiet uświadcza. O co zatem chodzi? O upieranie się na siłę, że jest zajebiście? Że dałam życie swoim dzieciom i w związku z tym nie mam prawa narzekać, że mnie boli? Bo miłość do nich ma mnie magicznie uzdrowić? No nie, moje drogie czytelniczki, absolutnie się nie zgadzam na te banały w stylu Paolo Coelho.

Alchemia porodu to krwawa jatka a nie metafizyczny odjazd. Nie ma co się czarować, że jest cudownie, łatwo i przyjemnie. Jak się którejś taki poród trafi to niech nie narzeka, bierze, co natura dała.

O lekkich porodach się nie mówi, bo to nietakt w kierunku tych cierpiętnic, co to kilkanaście godzin rodziły i to w mękach z powikłaniami wszelakimi. O tych turbo trudnych też w zasadzie się nie mówi, bo tworzy się lawina przechwałek na biczowanie: ja to miałam gorzej, a ja jeszcze gorzej, oj kochana - a ja najgorzej! Po co to wszystko? Żeby głosić jakąś chorą apoteozę macierzyńskiego cierpienia - uświęcić te skurcze, ból przysłowiowej (choć w tym wypadku niekoniecznie) dupy, wpisać to w pakiet stawania się matką. Że niby nic za darmo i musisz się nacierpieć, żeby się potem wymądrzać na forach internetowych, czego to nie przeżyłaś i jak dzielnie to zniosłaś.

A co, jeśli ja nie chcę cierpieć z tego tytułu? Uważam, i głoszę to otwarcie, że jak na tak wysoko rozwiniętą cywilizację, rozród w obecnej formie jest co najmniej nietaktem. Tak, ROZRÓD. Fizjologia rozmnażania przypomina bardziej zwierzęcość niż humanizm, a stan polskich szpitali skutecznie to potwierdza. Wiem, że tego nie przeskoczę - poród przy dźwiękach rodzącego się kwiatu lotosu to nie dla mnie. Ale skoro już muszę się babrać w swojej fizyczności, to dlaczego nie miałoby to być dobrze zorganizowane? Tak jak w prywatnych klinikach, gdzie płacisz 2-3 tysiące złotych polskich za poród, gdzie położne są miłe, uprzejme, sale czyste, a jak potrzebna jest pomoc to ją dostajesz? Gdzie lekarz mówi do Ciebie per "Pani", informuje o zleceniach, zaleceniach i postępie rekonwalescencji?  Skoro istnieją takie miejsca znaczy, że da się, że cywilizowane rodzenie jest możliwe. O tym był poprzedni tekst.

Był też o tym, że cesarka jest w swojej specyfice cięższa niż poród naturalny - przynajmniej psychicznie. Fizyczność blokuje macierzyństwo, jest przykra, nieestetyczna, bolesna. W porodzie naturalnym jest odwrotnie - wszystko co najgorsze (bo złe trwa nadal) kończy się wraz z przyjściem na świat potomka. Można już odpalać macierzyńskie silniki i zachwycać się wszystkimi paluszkami bobaska. Po cesarce nie - najpierw musisz wykonać te wszystkie heroiczne gesty przekroczenia: własnych sił, skromności, prywatności, a dopiero później przychodzi upragniona swoboda matkowania. Co gorsze? Nie wiem, nie wypowiadam się. Wiem, że mnie lekko nie było. Ba, było tak ciężko, że więcej dzieci mieć nie chcę i świadomie nie będę się decydować na kolejne. A jeśli moja córka czy syn kiedyś dotrą do tych tekstów - czego im życzę, bo dla kogo, jak nie dla nich ten blog? - to chyba dobrze: wiedzieć jak to było, kiedy przyszli na świat. Jaką słabą mieli wtedy matkę - rozchwianą, zależną, nieporadną. I jednocześnie, jaką silną - że to wszystko, tak dla niej nieprzyjemne, przetrwała i nie odbiła sobie tego na nich.

Tekst był też wymierzony w matki-aktywistki, agitatorki wszystkiego, co naturalne, w kobiety i mężczyzn z łatwością osądzających cesarki jako pójście na łatwiznę, wybranie mniejszego bólu i większego komfortu.

Absolutnie nie skarżę się na taki poród (bo moim zdaniem był to poród w 100%), bo wiem, że nie ma innej opcji niż położyć się pod nóż, a potem w bólach zebrać i iść dalej ze świeżo poprawioną koroną. Ale ile osób, z tych rzucających słowa na wiatr, wie, jak to wygląda? Czy ktokolwiek mówił już o cesarce? Pewnie tak - ja takich tekstów nie znalazłam. Same ogólniki, bez szczerej i bolesnej prawdy o tym, jak jest. Jakość szpitala może tu sporo udogodnić, ale fizjologii nie oszuka - więc mamom, które czeka cesarka też ten tekst był dedykowany. Żeby mogły się przygotować na to, co przed nimi, umyć zęby przed operacją a potem przeleżeć swoje post-porodowe bóle i skurcze ze świeżym oddechem. Bo o innym komforcie chyba nie ma tu mowy.

Nie deprecjonuję kobiecego cierpienia, nie wykpiwam (ABSOLUTNIE NIE!) kobiet rodzących w bólach, wiele godzin. Podziwiam ich siłę, determinację i samozaparcie - dla mnie poród naturalny to coś niewyobrażalnie trudnego. Choć przechodziłam tylko jego fragment - do finału nigdy nie dotarłam - nie wiem więc ile sił potrzeba, by sfinalizować sprawę. Nie drwię też z tych z Was, które miały lżej po cesarce. Na sali leżałam z babką, która zebrała się szybciej niż ja, łatwiej i przyjemniej jej było. Leżałam też dwa lata temu z kobietą, która miała gorzej - wiem, że bywa różnie i każda inaczej to przechodzi, ma swój próg bólu do przekroczenia.

Dziwi mnie tylko brak babskiej solidarności - nawet nie tu, na blogu/pod postami, ale wszędzie. Kobieta kobiecie wilkiem, wszystko co złe wypomni i nie uszanuje. Szkoda, ale z drugiej strony - obiecałam sobie jakiś czas temu, że nie będę porównywać się z anonimowymi ludźmi w Internecie i po prostu będę robić swoje. Co niniejszym czynię.

Zdjęcie od Sophia Bush on Instagram


Pozdrawiam,
O.

P.S.
Oficjalnie: nie będę publikowała anonimowych komentarzy.

Komentarze

  1. Jestem z Tobą - pomimo super opieki, też nie najlepiej wspominam cesarkę i pierwszy tydzień po. Samą operacje dobrze opisują słowa mojego męża, który nieco podglądnął przez uchylane podczas wejść i wyjść drzwi "Widziałem, jak tam leżysz, brzuch Ci się ruszał... a potem było mnóstwo krwi". Kuzynka, rodząca 2 miesiące temu (zakończony poród cięciem), a pragnąca mieć niegdyś dużą gromadkę dzieci, ma teraz taką traumę, że nawet o drugim nie chce myśleć. I wiem co mnie teraz czeka - już na to szykuje się psychicznie. Zamierzam dzień, a może nawet parę dni wcześniej pójść na randkę z mężem, może jeszcze po drodze jakieś wydarzenie zorganizujemy tylko dla nas, aby miło spędzić czas i aby maksymalnie zrekompensować sobie następny okres... Pocieszające jest to, że rzeczywiście szybko się zapomina o całym bólu kiedy dziecko każdego tygodnia śmieje się do Ciebie coraz bardziej. I może właśnie Twoje wspomnienia, takie spisane na świeżo, są tym bardziej wartościowe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, długo nie zapomnę tych uczuć, ale moze kiedys wyblakna. Każda z nas cesarkę przechodzi inaczej. Jedna moja koleżanka odwiedziła mnie w szpitalu i sama widziała różnice - ona zbierała sie szybciej. Dla mnie - trauma stulecia. Nie ma reguły ale powinien byc szacunek dla naszych odczuć a nie wmawianie nam w stylu: "mnie nie bolało to i ciebie nie powinno".

      Usuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarz.

Popularne posty z tego bloga

Z punktu widzenia mamy: Białka Tatrzańska - miejsce na urlop z dzieckiem?

Rodzinny wypoczynek w Białce Tatrzańskiej? To chyba jakiś żart. Wybierając to miejsce kierowałam się raczej udogodnieniami w hotelu i dobrą ofertą cenową, niż urokami miejscowości. No, bo kto z Was liczy na urocze i rodzinne chwile w zatłoczonym górskim top ten wakacyjnych wyjazdów?

Najgorzej byłoby chyba w samym Zakopanym. Białka Tatrzańska, Poronin i Bukowina Tatrzańska są na drugim miejscu jeśli chodzi o gwar, tłok i brak odpowiedniej infrastruktury urlopowo-dziecięcej. Samo miasto to tak na prawdę wieś biegnąca wzdłuż przelotowej trasy Zakopane-Nowy Targ. Ruch samochodowy jak w dużym mieście, chodnik wąski i tylko z jednej strony. Żadnych barierek - podziwiam rodziców puszczających swoje dzieci solo na takiej trasie. Wędrując z Kaniówki (gdzie mieszkaliśmy) do centrum Białki mija się najpierw enklawę pensjonatów dwugwiazdkowych i typowy polski, wakacyjny relaks. To oczywiście domy typu "U Joanny" czy "Pokoje u Basi" (przy dobrych wiatrach "Pensjonat pod Ta…

Siostra i brat, czyli jak nam się poukładały ostatnie dwa miesiące

"Będą jak bliźnięta. Już za rok córka będzie przekonana, że miała brata od zawsze" - powiedziała na którejś wizycie ginekolożka (pewnie na widok mojej niepewnej miny i generalnego zdenerwowania ówczesnym stanem rzeczy).

Moja siostra jest ode mnie dużo starsza. Kiedy ona szła do liceum, ja, gówniara, próbowałam śpiewać z playbacku Majkę Jeżowską na akademiach w podstawówce. Nie przyjaźniłyśmy się. Chciałam na siłę szybko dorosnąć, żeby się ze mną zakolegowała. W zasadzie się udało, ale dopiero całkiem niedawno. Wiadomo - mąż, dzieci, praca. Teraz, kiedy mamy jakąś wspólnotę doświadczeń dogadujemy się nawet nieźle. Wcześniej zdecydowanie nie. Dlatego chciałam, by moje dzieci miały więcej ze sobą wspólnego. Mała różnica wieku, którą im z mężem zafundowaliśmy miała temu sprzyjać. I muszę Wam napisać - jest bardzo dobrze!

Dzieciaki dogadują się ze sobą świetnie, mimo, że Polka porozumiewa się równoważnikami zdań (z lekką skłonnością ku sienkiewiczowsko-afrykańskiego diale…

Nie karmię piersią

Karmi się piersią. I już. I kropka. Niekarmienie piersią opatrzone jest współczującymi okrzykami, internetowym poklepywaniem po plecach i grupami wsparcia - bo wiadomo, że skoro piersią nie karmię, to musiało wydarzyć się coś absolutnie strasznego.

Nagłówki krzyczą, że w zasadzie nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, że to nic złego, albo, że też można poczuć się jak pełnoprawna matka. Deprecjonujące podejście do niekarmienia piersią widać choćby w tych artykułach, które mówią, że od dziś już nie trzeba się tego wstydzić. Ergo - trzeba było (najwyraźniej do wczoraj), wyrzuty sumienia też trzeba było mieć. Wespół oczywiście ze świadomością szkody dla dziecka. Niekarmienie piersią - oblanie społecznego egzaminu z macierzyństwa.

Ale zaraz, chwileczkę. Zanim terrorystki laktacyjne zaczną piłować klawiaturę wyjaśnijmy kilka stałych w równaniu tego całego niekarmienia. Przede wszystkim nie twierdzę, że karmienie piersią jest mniej wartościowe. Nie twierdzę też, że karmienie butelką jest lepsze…