Przejdź do głównej zawartości

Nostalgicznie

W pokoju moich dzieci już Święta. Lampki podświetlają napis nad łóżeczkiem Poli, pomiędzy szczebelkami dyndają drewniane aniołki i jedna świąteczna skarpeta na prezenty. Co jakiś czas rozbrzmiewa Jingle Bells z nakręcanej, szklanej kuli z bałwankiem. Na oknie kuchennym Gwiazda Betlejemska kwitnie w najlepsze a ręczniki z choinkami już wiszą w łazience.

Pszczyna rozświetlona świątecznie - latarnie, choinki, wielkie drzewko na rynku, ustrojone światełkami ratusz i starostwo. O sklepach w mieście (i okolicy) nawet nie wspominam - szał kolęd, akcesoriów świątecznych i wieńców wszelakich opanował każdą komercyjną komórkę ekonomiczną w pobliżu. Tk Maxx w Bielsku epatuje świątecznym bezguściem na kilometr, zawyżone ceny potencjalnych prezentów rażą w oczy. Święta - a w tym świątecznym rozgardiaszu ja.

Wyrwałam się na chwilę z domu. Bo coś trzeba jeszcze kupić, zobaczyć, jakieś spodnie na okres przejściowy po ciąży - zorganizować. Na dworze powietrze chłodne i grudniowe, mimo, że z okna wyglądało to wszystko bardziej jesiennie. Nic nie chrzęściło pod stopami, nawet dała radę jesionka sprzed lat.Wysłużona kurtka pamięta jeszcze czasy mojego liceum (jakim cudem mieściłam się w nią w szczycie obu ciąż - nie wiem!), szalik pachnie zeszłorocznymi perfumami, drzewo, pod którym mąż zaparkował auto stało zupełnie puste, bez ani jednego listka - złowrogo poruszało palczastymi gałęziami na tym wątpliwie zimowym wietrze. A w tym wszystkim - ja. Chwilowo zaślepiona wolnością poporodową, pierwszy raz od 10 miesięcy SAMA! To oszałamiające uczucie mieszczenia się za kierownicą! I możliwość włączenia muzyki na absolutnie niekulturalny ful! W odtwarzaczu siedziała sobie nowa Adele, więc ją tam zostawiłam, niech się kobieta rozgrzeje, a przy okazji pośpiewa mi trochę w drodze do Bielska. Przez ten akt muzycznego miłosierdzia chwytliwe "Hello from the other side..." brzęczało mi w głowie głośniej niż puszczany w sklepie świąteczny George Michael.

Oczywiście zawsze słucha się tych piosenek przez pryzmat własnych doświadczeń - jak mówi Paolo Coehlo. Nastolatki będą przykładały do tego kalki o romantycznej, niespełnionej miłości; grupa 20+ będzie przeżywała prawdziwe dramaty miłosne, a ja w ogóle nie widziałam tam wątku romansowego (niestety powoli wchodzę w kategorię 30+, to pewnie pierwsze oznaki zgorzknienia). Jedyne o czym myślałam to ta druga strona, z której dobywa się głos piosenkarki, jakieś surrealistyczne telefonowanie zza światów, z innego czasu. Zupełnie jak to naciskanie pedału gazu, jak gnanie do przodu, porywy nieodpowiedzialności aktywujące się od czasu do czasu - wspomnienie jakiejś wcześniejszej wersji mnie. Pozdrowienia od osoby, która kiedyś z piskiem opon brała zakręty na Lazurowym Wybrzeżu, wracała nad ranem cztery dni w tygodniu, ukradła kiedyś świecący taboret z knajpy (bo zapomniała o prezencie urodzinowym dla kogoś miłego), pływała w Morzu Śródziemnym w blasku gwiazd i księżyca i jadła bez opamiętania makaron (co pewnie zaowocowało tymi spodniami o kilka rozmiarów za dużymi, z którymi ostatecznie wracałam dziś do domu). Chwytałam życie bardziej i mocniej, intensywniej. Jakby na permanentnym haju - zachłyśnięta kolorami, zapachem słonej, morskiej wody, zachwycona słońcem o czwartej nad ranem, podziwiająca zwykłe życie, jakby było okazem w ZOO.

To nie tak, że miałam jakieś niesamowite życie - ot, program Erasmus i tyle. Cudowność, ta nierealistyczna kraina, w której żyłam - to było tylko moje spojrzenie, to jak widziałam rzeczywistość, detale, które fotografowałam, kolory, które dostrzegałam, ludzi, których spotkałam na swojej drodze. Dostrzeganie, zauważanie świata w jego najdrobniejszych detalach, wchodzenie w niesamowite krainy zawieszone gdzieś pomiędzy przedwiecznymi historiami a tym, że jestem tam teraz, w tym momencie - w tym tkwiła siła egzotyki, którą się karmiłam. Nie tylko wtedy - po powrocie też.

Mąż powiedział mi kiedyś, że jestem największą przygodą jego życia. Działo się przecież tak wiele! Od holowania samochodu przez traktor w jakimś kłodzkim zapizdowie począwszy - a na rajdzie po półwyspie apenińskim na piechotę skończywszy. Nie mówi już tak do mnie. Nasze wyzwania to teraz synchroniczne karmienie dwójki dzieci jednocześnie, bieg z noworodkiem za dwuletnim wulkanem energii albo zakupy spożywcze przez internet (Takie ryzyko! Czy aby przywiozą świeżą sałatę?!). Nie ma już sylwestrów w Wiśle, bo wszyscy znajomi się porozpraszali - rodzinę z dwójką dzieci omijając szerokim łukiem. A może po prostu przestaliśmy być dla innych atrakcyjni? Z lekka zalatujący kupą noworodka i mlekiem matki, kłótliwi, zapętleni w karmienie, przewijanie i te cholerne zakupy internetowe.

Jakim cudem się tu znalazłam? W tej bezpiecznej Pszczynie, miasteczku, w którym tak niewiele się dzieje! Remont rynku wydarzeniem roku, a największe kontrowersje budzi obecnie umieszczenie jarmarku bożonarodzeniowego na innej niż zwykle ulicy. 

Skąd się tu wzięłam? W małżeństwie, z dwójką dzieci przed trzydziestką, z nic nie wartym dyplomem magistra filologii polskiej? W poaustriackiej enklawie dobrego obyczaju i porządku? Czyżby przygnała mnie tutaj zapobiegliwość? By nie skończyć jak niedojda życiowa - stara panna bez perspektyw? Szybko wpakowałam się w małżeństwo, od razu pojawiły się dzieci, to ja nalegałam na przeprowadzkę do bezpiecznej, spokojnej miejscowości, gdzie absolutnie nic się nie dzieje. Jaką gwarancję chciałam sobie tymi decyzjami wypracować i po co? Echa dawnych lat pobrzmiewają co chwila - w subtelnych maniach i nerwicach, gdy próbuję ostatkiem sił chwytać się nowych wyzwań; kiedy próbuję robić więcej, mocniej, intensywniej. Ten przedporodowy maraton zajęć to przecież nic innego, jak właśnie taka kapsuła ratunkowa - przed kolejnym rokiem wśród pampersów i kremów do pupy. Zupełnie, jakbym zrezygnowała z wielkiej sosny, pachnącej choinki ustrojonej na pstrokato, na rzecz sztucznej, małej, drucianej choineczki zapalanej na pstryczek.

Nie, wcale nie miałam kiedyś lepiej! Absolutnie nie! W życiu nie wróciłabym na włoską riwierę. To, co rozbłyska w moim życiu o wiele intensywniejszą feerią barw śpi teraz spokojnie w dwóch łóżeczkach. Ta bezpieczna przystań, bufor przed samotnością i niepowodzeniem też jest ostatecznie całkiem przyjemny! Z resztą szlajanie się po letnich imprezowniach w moim wieku i z obecną figurą to byłoby upokarzająco śmieszne - nie chcę tam wracać, do siebie samej sprzed lat.

Chcę tylko nie mieć wrażenia, że osiadłam na mieliźnie, wybieram łatwiejszy wariant i bezpieczniejsze możliwości. Dzieci, mąż - nie chcę tego jako polisy na przyszłość. Chcę nie mieć żalu, nie mieć tych chwil tęsknoty. Nie chcę wrażenia, że w pewnym momencie odpuściłam szaleństwo i wybrałam rozsądek.

Kocham swoje dzieci. Bardziej niż siebie samą. Kocham też męża. Dorosłam chyba jednak do tego, by czasem też tęsknić za wrażeniami, które kiedyś towarzyszyły mi na każdym kroku. Za wolnością, swobodą, spontanicznością, igraniem z konwenansem. Choć spacer z dwójką dzieci to wydarzenie obfitujące we wszystkie te elementy - nie daje tych samych doświadczeń. A ja chcę egoistycznie zapachu rozgrzanego letnim słońcem asfaltu, chcę zmrożonego, alpejskiego powierza, chcę dźwięku wpływających do portu statków pasażerskich. Chcę świąt sprzed 10 lat - pachnących ostrokrzewem, piernikami, spokojem, whiskey pitą do północy ze Szwagrem. Chcę choinki, którą się zdobywa - nie kupuje.

To nie tak, że mi się nie podoba, albo że myślałam, że będzie inaczej - jest dokładnie tak, jak myślałam. Mam to, do czego dążyłam, jestem szczęśliwa. Pytanie - czym są więc te echa, które coraz częściej mnie dopadają? Czy to tylko nostalgia, czy czasami też żal?

Pewnie minie to wszystko zanim jeszcze wstanę z kanapy. Pójdę do pokoju dziecięcego. Poprzykrywam kołderkami wystające nogi i ręce, skotłowaną w pościeli Polkę położę prosto. Adasia będę karmiła w środku nocy - wpatrzona w jego oczy i najszczęśliwsza na świecie. A potem wykończona i zmęczona wtulę się w męża, który uśnie nad książką w jakiejś absurdalnie pokrzywionej pozycji. Być może ze zmęczenia, a może właśnie z satysfakcji tymi cudami codziennego życia usnę bez żalu - jak prawie codziennie. A kiedy znów pojadę do na kolejne zakupy zmienię płytę - ale i tak pewnie skądś znów popłyną dźwięki przeszłości.

Komentarze

  1. Moim zdaniem to zupełnie normalne, że tęskni się za przeszłością - nasze życie do płynąca rzeka - płynie, płynie - nie zatrzymuje się. Nie można wrócić do chwil z przeszłości, które, jak bardzo nie cenilibyśmy teraźniejszości, bardzo nam się podobały i było nam było z nimi dobrze. Tym bardziej, że kiedy ma się dzieci, tak maleńkie, jesteśmy wplątani w masę obowiązków, ilość przyjemności nagle maleje. A kiedyś chyba ta proporcja była inna - kto by nie chciał tak przez całe życie ..... Idealnie - mieć dzieci, przyjemności, spontaniczne wypady, tak nawet razem, ale żeby to było bardziej proste...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli jak zjeść ciastko i miec ciastko :)

      Usuń
  2. Wow, naprawdę nieźle napisane! I to puszczone oko (Paolo Coehlo), i ta świdrująca rzeczywistość oddana najprostszymi środkami wyrazu. Takie wpisy przywracają wiarę, że w blogosferze może się trafić jakaś perełka. A w ramach tzw. advocemu - wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje za miłe słowa. A tam gdzie nas nie ma - sa tylko te dobre wspomnienia. Dziwne, ze tych złych chwil jakoś ta nostalgia nie uwzględnia.

      Usuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarz.

Popularne posty z tego bloga

Z punktu widzenia mamy: Białka Tatrzańska - miejsce na urlop z dzieckiem?

Rodzinny wypoczynek w Białce Tatrzańskiej? To chyba jakiś żart. Wybierając to miejsce kierowałam się raczej udogodnieniami w hotelu i dobrą ofertą cenową, niż urokami miejscowości. No, bo kto z Was liczy na urocze i rodzinne chwile w zatłoczonym górskim top ten wakacyjnych wyjazdów?

Najgorzej byłoby chyba w samym Zakopanym. Białka Tatrzańska, Poronin i Bukowina Tatrzańska są na drugim miejscu jeśli chodzi o gwar, tłok i brak odpowiedniej infrastruktury urlopowo-dziecięcej. Samo miasto to tak na prawdę wieś biegnąca wzdłuż przelotowej trasy Zakopane-Nowy Targ. Ruch samochodowy jak w dużym mieście, chodnik wąski i tylko z jednej strony. Żadnych barierek - podziwiam rodziców puszczających swoje dzieci solo na takiej trasie. Wędrując z Kaniówki (gdzie mieszkaliśmy) do centrum Białki mija się najpierw enklawę pensjonatów dwugwiazdkowych i typowy polski, wakacyjny relaks. To oczywiście domy typu "U Joanny" czy "Pokoje u Basi" (przy dobrych wiatrach "Pensjonat pod Ta…

Siostra i brat, czyli jak nam się poukładały ostatnie dwa miesiące

"Będą jak bliźnięta. Już za rok córka będzie przekonana, że miała brata od zawsze" - powiedziała na którejś wizycie ginekolożka (pewnie na widok mojej niepewnej miny i generalnego zdenerwowania ówczesnym stanem rzeczy).

Moja siostra jest ode mnie dużo starsza. Kiedy ona szła do liceum, ja, gówniara, próbowałam śpiewać z playbacku Majkę Jeżowską na akademiach w podstawówce. Nie przyjaźniłyśmy się. Chciałam na siłę szybko dorosnąć, żeby się ze mną zakolegowała. W zasadzie się udało, ale dopiero całkiem niedawno. Wiadomo - mąż, dzieci, praca. Teraz, kiedy mamy jakąś wspólnotę doświadczeń dogadujemy się nawet nieźle. Wcześniej zdecydowanie nie. Dlatego chciałam, by moje dzieci miały więcej ze sobą wspólnego. Mała różnica wieku, którą im z mężem zafundowaliśmy miała temu sprzyjać. I muszę Wam napisać - jest bardzo dobrze!

Dzieciaki dogadują się ze sobą świetnie, mimo, że Polka porozumiewa się równoważnikami zdań (z lekką skłonnością ku sienkiewiczowsko-afrykańskiego diale…

Nie karmię piersią

Karmi się piersią. I już. I kropka. Niekarmienie piersią opatrzone jest współczującymi okrzykami, internetowym poklepywaniem po plecach i grupami wsparcia - bo wiadomo, że skoro piersią nie karmię, to musiało wydarzyć się coś absolutnie strasznego.

Nagłówki krzyczą, że w zasadzie nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, że to nic złego, albo, że też można poczuć się jak pełnoprawna matka. Deprecjonujące podejście do niekarmienia piersią widać choćby w tych artykułach, które mówią, że od dziś już nie trzeba się tego wstydzić. Ergo - trzeba było (najwyraźniej do wczoraj), wyrzuty sumienia też trzeba było mieć. Wespół oczywiście ze świadomością szkody dla dziecka. Niekarmienie piersią - oblanie społecznego egzaminu z macierzyństwa.

Ale zaraz, chwileczkę. Zanim terrorystki laktacyjne zaczną piłować klawiaturę wyjaśnijmy kilka stałych w równaniu tego całego niekarmienia. Przede wszystkim nie twierdzę, że karmienie piersią jest mniej wartościowe. Nie twierdzę też, że karmienie butelką jest lepsze…