Przejdź do głównej zawartości

Ruch oporu i linia frontu: o buncie dwulatka

Kładłam się dzisiaj spać o czwartej nad ranem. Było tak cicho i spokojnie, że w zasadzie nie miałam specjalnie ochoty zapadać w miękkość poduszek. Dom był tylko mój - bez krzyków, przegadywania się z półtorarocznym dzieckiem, bez fochów i kłótni. Za oknem powoli zaczynało się rozjaśniać. A może to tylko światło latarni przedzierało się do naszej sypialni przez niedociągnięte zasłony? Pola po raz kolejny tej nocy usnęła, tym razem chyba już na dobre. Coś ostatnio nam te noce niezbyt dobrze funkcjonują. Pobudki jak za czasów niemowlęcych, nocne roszczenia spacerowo-zabawowe i inne surrealistyczne sytuacje nad ranem to już prawie norma. Dlatego tym bardziej doceniam błogość nocnego spokoju i nie byłam skora, by tę ciszę zwyczajnie zignorować i iść spać.

Nocą nic nie trzeba - nie łapię desperacko danego mi czasu, nie ścigam się z wewnętrznym harmonogramem, by na drzemce Poli upchnąć pranie, sprzątanie, prasowanie oglądając w międzyczasie serial i obdzwaniając koleżanki. Chodziłam chwilę po mieszkaniu, żeby pogasić światła, wyłączyć kaloryfery i pozbierać walające się po całym domu zabawki. W dużym pokoju stało rozgrzebane Bebetto, czyściutkie, odpicowane jak na paradę niepodległościową. Wyprana tapicerka, skompletowane (prawie) akcesoria, wymyte kółka, obfotografowane telefonem czeka na chętnego kupca, który zabierze nam ten czołg z domu w zamian zostawiając spory plik banknotów. W końcu z czystym sumieniem mogę pozbyć się tej znienawidzonej wózkowej krowy . Myślałam jeszcze niedawno, że nie, że ekonomia nad wygodę i obchodzę ten wózek z drugim dzieckiem, ale na szczęście mogłam porzucić tę ideę dzięki hojności teściowej. Kasa ze sprzedaży ma wesprzeć zakup sprzętu podwójnego dla dzieciaków rok po roku - mogę więc ze spokojem wystawić drugie a nawet trzecie ogłoszenie na Olx.pl licząc, że ktoś się skusi. Fanów tego modelu nie brakuje, więc moje subiektywne zdanie nie powinno zaważyć na sprzedaży. Tylko, nagle, w obliczu przemiłej pary, która miała dziś po wózek przyjechać, jakaś nostalgia mnie dopadła.

Nie sądziłam, że na koniec tej przygody zachce mi się tym właśnie wózkiem wozić swoje drugie dziecko. Sentymenty mi się rozrosły i to chyba hormonalne. Rozczula mnie absolutnie wszystko, nawet ten podły bolid rozparcelowany na części pierwsze, panoszący się na podłodze mojego dużego pokoju. Kilka dni temu zgodziłam się nawet przygarnąć do domu wielkie i absurdalne pianino - bo wspomnień szkoda, a Pola tak lubi na nim grać. Ta mała dziewczynka ma coraz większy wpływ na moje decyzje. Jej miłość do misia potrafi mnie zmusić do przejechania połowy województwa w poszukiwaniu książeczki z naklejkami do Mashy i Niedźwiedzia. Uścisk małych rączek na mojej szyi potrafi mnie zamknąć w domu na cały dzień i odwołać wszystkie inne spotkania. Jej rozpaczliwe "chcem" sprawia, że dałabym jej do zabawy nawet pasek klinowy - gdyby poprosiła. A mimo to, nawet w obliczu podsycanej ciążowo ckliwości staram się być dla niej mamą najlepszą, jaką potrafię być: czasem pobłażliwą, czasem surową, ale zawsze dbającą i uważną.

Ostatnie tygodnie znów były trudne. Polka chora - z nosa ciekło, w nocy gorączka jak w piecu hutniczym, rano zapalenie spojówek. Tonaż lekarstw, inhalacje i tułaczka od jednego pediatry do drugiego. Nieprzespane noce, wydziwianie, brak apetytu. Moja frustracja sięgała zenitu. Czasem miałam ochotę podobnie jak ona po prostu pierdolnąć talerzem o krzesełko vel. blat stołu i zostawić karmienie komukolwiek innemu. Wszystko było na "nie" i żadna racjonalizacja nie działała.

To oczywiście wina choroby, ale czy tylko? Wszędzie piszą o słynnym buncie dwulatka, a ja, czepiając się nomenklatury, opieram się przed nazywaniem tego zachowania "buntem". Bo bunt to jest świadome obalanie systemu, podczas gdy zachowanie blisko dwuletniej Poli wynika z dogłębności poznania własnego ja i swojej indywidualności. Dziecko, które ledwo co nauczyło się rozpoznawać swoje odbicie w lustrze nie może mieć nic wspólnego z rewolucyjnym zarzewiem buntu, to nie tak!

Wiecie, że dzieciak w wieku 18-24 m-ce uczy się nawet 10 nowych słów dziennie? Opanowuje swoją motorykę do perfekcji, podskakuje i biega jak szalony. Cieszy go ta nagle zyskana niezależność, zdolność nazywania świata. Staje się partnerem do rozmowy z rodzicami, bo coraz więcej rozumie, coraz częściej może odpowiadać. Zna funkcje takich manipulacji jak "na litość", "na desperację", "na miłość". Dziecko testuje siebie i opiekunów, bada z zaciekawieniem granice, które rozciągają się pomiędzy matczynym, kategorycznym "nie wolno" i ojcowskim, pobłażliwym "no dobrze". Czy to jest bunt, słynna rewolucja? Nazywanie tego ważnego w życiu dzieci przełomu buntem uwłacza ich godności. Stawia maluchów na pozycji z góry przegranej, nieco w klimacie wychowania francuskiego (po Rousseau), gdzie zasady narzucane przez rodziców są jedyne słuszne, a wychowanie to kwestia podporządkowania się, złamania charakteru niepokornego żołnierza i przyuczenia go do służby w szeregach rodzinnej musztry. Z tym kojarzy mi się bunt - z desperacką walką o indywidualizm skonfrontowaną z reżimem bezwzględnej władzy (i z piwem). Nie tak ma to wyglądać w moim domu.

No, ale coś jest na rzeczy. O nazwy możemy się nie spierać, ale nie sposób nie zauważyć zmian w zachowaniu dziecka w wieku Poli. Ze spokojnego aniołka zmieniła się ostatnio w pełną wyrachowania małą kobietkę. Doskonale orientuje się gdzie przebiega linia rodzicielskiego zakazu, ale z premedytacją i miną pełną satysfakcji zdaje się ją przekraczać. Decyduje się na coś i nie przyjmuje argumentów drugiej strony, ignoruje kwestie BHP i sprawdza, gdzie zaczyna się przepaść i czy rodzice na pewną złapią ją w ostatnim momencie. Nie zna strachu, respektu. Poznała za to przekorę i czerpie dziwną przyjemność w stawianiu oporu, w sprzeciwie .Jednym słowem - mówi "nie", choć sama nie jest w stanie sprecyzować, o co jej chodzi. Decyduje sama o sobie i jest pewna własnych decyzji. Nie negocjuje z nami rodzicami, tylko po prostu postępuje po swojemu.

Czy to oznacza, że pozwalam swojemu dziecku wchodzić sobie na głowę? Nie chcę krępować jej zasadami albo uważam ją za mądrzejszą od siebie?

Nic bardziej mylnego. To nie kwestia obalania rewolucjonisty, ale wychowania. Choć mam jakieś swoje własne wyobrażenie na ten temat - ciągle szukam złotego środka i sposobu, by robić to efektywniej i łatwiej (przynajmniej dla Poli).

Jedyny problem z radzeniem sobie z "buntem dwulatka" leży chyba w nas, rodzicach - nie potrafimy podzielić percepcji naszych dzieci, a tym samym mówić do nich zrozumiałym językiem.

Mam tu na myśli np. kwestię wyboru. Dziecko, które upiera się przy stawaniu okoniem, trenuje to swoje "nie" na tysiące sposobów (a czasem nawet gada tak przez sen) nie powinno mieć do czynienia z takimi pytaniami testowymi, które pozwalają mu to "nie" głośno i wyraźnie artykułować. Należy pytać dzieci o zdanie, ale może lepiej nie robić tego cały czas? Ideałem byłyby pytania otwarte ("Co chcesz na śniadanie?") albo używanie zdań wyboru ("Chcesz jajko czy parówkę?"). Problem w tym, że 20-miesięczna Pola nie jest w stanie odpowiadać na takie pytania i nie rozumie jeszcze zależności "to czy to". Rozumie proste pytania z jednym elementem, na którym koncentruje swoją uwagę. Wtedy też dostaję precyzyjną odpowiedź: "Chcesz jajko?" (odp.: "NIEE"). W ten sposób można wypełnić kwestionariusz Złotych myśli i nadal nie mieć przygotowanego śniadania. Impas lingwistyczny wpędził nas, rodziców polonistów, w kozi róg. Nie jesteśmy zdecydowani i pozwalamy małej decydować o wszystkim. W efekcie po pół godzinie dramatycznie aktywnego posiłku na stole jest rozgrzebany jogurt, jajko, rozlana herbata. Na podłodze ląduje ser, szynka i butelka z ketchupem. Gdzie w tym jakikolwiek autorytet rodzica - o nauce szacunku do jedzenia nie wspominając?

Inna rzecz doprowadzająca nas do szaleństwa to logistyka przestrzeni. Pola ciągle chce "tu", "tam", "chodź", "idę", "do domu", "na górę" i wiecznie to lekko podszyte szlochem "chcem".

Pozwalam jej decydować o wykorzystaniu przestrzeni, bo przez dłuższy czas było mi tak wygodniej. Moja córka doskonale wie co znaczy "chodź do mamy", "stój", "tam nie". To, że wybrała ignorancję w tym zakresie uważam za swoją winę. Nie informuję jej o zasadach, których powinna przestrzegać, nie stawiam konsekwentnych barier. Stół jest niedostępny, ale siedzi tam kiedy chcę mieć spokój podczas śniadania. Krzesełko ma być do siedzenia, nie stania - ale pozwalam jej na wygibasy, by dopić kawę w spokoju. Kanapa ma służyć do siedzenia, nie jedzenia - ale kolacja przed telewizorem jest bardziej wydajna. Jaki jest sens w próbach okiełznania dzieciaka, skoro nie ma on żadnych granic do respektowania?

Trudno jest wychowywać dziecko. Poczucie, że robię Poli krzywdę jest większe niż poczucie rodzicielskiego obowiązku. A przecież nauka zasad rządzących naszą wspólną przestrzenią (dom) nie jest karą za grzechy, ale istotą wychowania. Oswojenie dziecka z zasadami bezpieczeństwa na ulicy również nie wynika z chęci odebrania jej resztek radości ze spaceru. Uśmiech dziecka to moneta, na którą łasi się każdy rodzic. Zaniedbywanie wychowania w tym trudnym okresie to nie jest bezgraniczna miłość, ale krzywdzenie dziecka, które nie nauczy się czym jest frustracja, nie będzie potrafiło dostosować się do funkcjonowania w grupie, doprowadzi swoich rodziców do zawału.

Dziś np. Pola uderzyła mnie w twarz. Intencja jest nieistotna: w zabawie, by coś sprawdzić, w agresji, z nudów? Nieważne dlaczego. Ważne, że popsuła moje nowe okulary. Chwilę później wywaliła antyczny stolik i zalała matczyną komórkę szklanką wody (pewnie na ochłodzenie nerwów). Przy każdym z tych aktów doskonale wiedziała, że robi źle. A mimo to tak postąpiła. Karą było odesłanie jej do pokoju - niestety niekonsekwentne, bo mąż stwierdził (po 3 minutach), że to już koniec kary i Pola nie musi tam wracać. Problem w tym, że przez tych kilka chwil alienacji Pola nie poczuła ciężaru kary, nie miała nawet czasu powiązać tych dwóch zdarzeń: niszczenia i odesłania do pokoju. Bawiła się świetnie dalej (choć w innym pomieszczeniu).

Rodzice powinni stać za sobą murem. A jeśli nie są w stanie ustalić na szybko jednej reakcji - niech rozmawiają wieczorami i opracują plan działań na takie sytuacje. Musimy być z mężem bardziej jednomyślni w swoich działaniach, inaczej jedyny bunt w naszym domu to będzie wzajemne zasypywanie sobie własnych okopów. 

Właśnie zorientowaliśmy się, że 20-to miesięczne dziecko całkowicie nami manipuluje. Owinęło sobie też wokół paluszka dziadków i babcie, a my nie podkreślamy różnicy w funkcjonowaniu u nich i w domu. Czy to z racji nadmiaru pracy i obowiązków, czy może przez własną nieświadomość, ale to my jesteśmy stawiani przez nią do kąta, a nie odwrotnie. Czas najwyższy na zmianę.

Nie będę pisać, że mam jakiś plan i będę teraz realizowała go zadaniowo (najlepiej jeszcze z podręcznikiem na kolanie). Będę stosować jedną tylko zasadę: zacznę rozumieć to, co dzieje się z moim dzieckiem i zacznę jej pomagać radzić sobie z nowymi emocjami w jej młodziutkiej jeszcze psychice.

A teraz po prostu pójdę odespać tą ostatnią szaloną 4 nad ranem.

Pozdrawiam,
O.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Siostra i brat, czyli jak nam się poukładały ostatnie dwa miesiące

"Będą jak bliźnięta. Już za rok córka będzie przekonana, że miała brata od zawsze" - powiedziała na którejś wizycie ginekolożka (pewnie na widok mojej niepewnej miny i generalnego zdenerwowania ówczesnym stanem rzeczy).

Moja siostra jest ode mnie dużo starsza. Kiedy ona szła do liceum, ja, gówniara, próbowałam śpiewać z playbacku Majkę Jeżowską na akademiach w podstawówce. Nie przyjaźniłyśmy się. Chciałam na siłę szybko dorosnąć, żeby się ze mną zakolegowała. W zasadzie się udało, ale dopiero całkiem niedawno. Wiadomo - mąż, dzieci, praca. Teraz, kiedy mamy jakąś wspólnotę doświadczeń dogadujemy się nawet nieźle. Wcześniej zdecydowanie nie. Dlatego chciałam, by moje dzieci miały więcej ze sobą wspólnego. Mała różnica wieku, którą im z mężem zafundowaliśmy miała temu sprzyjać. I muszę Wam napisać - jest bardzo dobrze!

Dzieciaki dogadują się ze sobą świetnie, mimo, że Polka porozumiewa się równoważnikami zdań (z lekką skłonnością ku sienkiewiczowsko-afrykańskiego diale…

Z punktu widzenia mamy: Białka Tatrzańska - miejsce na urlop z dzieckiem?

Rodzinny wypoczynek w Białce Tatrzańskiej? To chyba jakiś żart. Wybierając to miejsce kierowałam się raczej udogodnieniami w hotelu i dobrą ofertą cenową, niż urokami miejscowości. No, bo kto z Was liczy na urocze i rodzinne chwile w zatłoczonym górskim top ten wakacyjnych wyjazdów?

Najgorzej byłoby chyba w samym Zakopanym. Białka Tatrzańska, Poronin i Bukowina Tatrzańska są na drugim miejscu jeśli chodzi o gwar, tłok i brak odpowiedniej infrastruktury urlopowo-dziecięcej. Samo miasto to tak na prawdę wieś biegnąca wzdłuż przelotowej trasy Zakopane-Nowy Targ. Ruch samochodowy jak w dużym mieście, chodnik wąski i tylko z jednej strony. Żadnych barierek - podziwiam rodziców puszczających swoje dzieci solo na takiej trasie. Wędrując z Kaniówki (gdzie mieszkaliśmy) do centrum Białki mija się najpierw enklawę pensjonatów dwugwiazdkowych i typowy polski, wakacyjny relaks. To oczywiście domy typu "U Joanny" czy "Pokoje u Basi" (przy dobrych wiatrach "Pensjonat pod Ta…

Nie karmię piersią

Karmi się piersią. I już. I kropka. Niekarmienie piersią opatrzone jest współczującymi okrzykami, internetowym poklepywaniem po plecach i grupami wsparcia - bo wiadomo, że skoro piersią nie karmię, to musiało wydarzyć się coś absolutnie strasznego.

Nagłówki krzyczą, że w zasadzie nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, że to nic złego, albo, że też można poczuć się jak pełnoprawna matka. Deprecjonujące podejście do niekarmienia piersią widać choćby w tych artykułach, które mówią, że od dziś już nie trzeba się tego wstydzić. Ergo - trzeba było (najwyraźniej do wczoraj), wyrzuty sumienia też trzeba było mieć. Wespół oczywiście ze świadomością szkody dla dziecka. Niekarmienie piersią - oblanie społecznego egzaminu z macierzyństwa.

Ale zaraz, chwileczkę. Zanim terrorystki laktacyjne zaczną piłować klawiaturę wyjaśnijmy kilka stałych w równaniu tego całego niekarmienia. Przede wszystkim nie twierdzę, że karmienie piersią jest mniej wartościowe. Nie twierdzę też, że karmienie butelką jest lepsze…