Przejdź do głównej zawartości

"Grudzień to najgorszy moment na kłopoty finansowe"

Nie da się wyżyć za 1000zł miesięcznie. Opracowałam jednak budżet na 1011zł miesięcznie - jest więc bardzo blisko. Rezygnując z ekstrawagancji w postaci produktów paczkowanych i gotowych dżemów, słodyczy i przekąsek zaoszczędziłam 190zł/m-c!



Wystarczy spojrzeć racjonalnie na listę swoich zakupów i można sporo zaoszczędzić. Mogę zmieniać ilości spożywanych pokarmów, ale nie pójdę na łatwiznę i nie będę kupować produktów o kiepskim składzie. Przykładowo sos do spaghetti - wybierałam zawsze taki złożony z pomidorów i soli, względnie innych jarzyn - bez konserwantów, stabilizatorów czy emulgatorów. Płaciłam za niego 10zł/butelka. Zamiast kupiłam ostatnio pomidory w puszce, zmiksowałam i sama doprawiłam - efekt nawet lepszy. Podobnie zadziała przecier pomidorowy, a zamiast 10zł wydaję teraz 2,50zł.

Zamiast płatków jogurtowych kupuję teraz jogurt i dodaję do niego zwykłe, tanie płatki za kilka złotych (3zł/paczka starczająca teraz na miesiąc!) i wkrawam owoce. Do chleba bakalie dodaję tylko okazyjnie (bo są dość drogie: orzechy, suszone owoce itp.) - zamiast nauczyłam się robić chleb marchewkowy, z różnych rodzajów mąki, jogurtowy albo serowy. Czysty biały też często gości na naszym stole. Okazuje się, że chleb wypiekany w domu nie tylko jest tańszy (6zł/2 chleby starczające na cały tydzień, albo nawet dłużej), ale też bardziej wydajny - nie zawiera żadnych spulchniaczy i jedna, dwie kromki wystarczają w zupełności na sycącą kolację.

Mięso kupowane w mięsnym lub w markecie, ale na wagę jest przynajmniej 30% tańsze niż to paczkowane (a i śmieci w domu niej).

Zwiększyłam też ilości owoców sezonowych (obecnie jabłka i gruszki) i z tych, podsmażonych lub podgotowanych, wychodzi bardzo zdrowy, smaczny i tani dżem do kanapek czy ciast. Dżem dodam niesłodzony i pozbawiony wszechobecnej żelatyny. Jabłka pokrojone na małe kawałki, podgotowane i doprawione cynamonem są o wiele smaczniejsze niż dżem z dyni, który ostatnio kupiłam (drogi, kleisty i przesłodzony).

Najdroższe produkty, w naszym cotygodniowym menu, to niestety nabiał. Ograniczyliśmy więc ilości spożywanych serów - zamiast kupować dwie kostki sera twarogowego tygodniowo często jemy teraz też mleko z płatkami. Zamiast jogurtów greckich kupujemy głównie naturalne. Zmniejszyłam dzięki temu wydatki na nabiał o 30%.

Wszystko razem kosztuje mnie ok 170zł/tydzień. Ta zawrotna kwota to niestety efekt zdrowego żywienia. Okazuje się, że masło zrobione z mleka a nie z jego pochodnych kosztuje więcej. Podobnie droższe okazują się jogurty naturalne bez mleka w proszku. Tańszy jest np. kalafior mrożony niż świeży i jajka z chowu klatkowego (na każdym produkcie oszczędza się wtedy z 2-4zł). Nie jestem skłonna do takich kompromisów - wybór zdrowych produktów wiąże się z zawyżeniem wartości zakupów nawet o 50%! Polędwica sopocka zrobiona ze 150g mięsa na 100g produktu a polędwica sopocka, która w składzie ma tylko 45% mięsa - jest różnica! Mrożone warzywa, stabilizatory smaku, wszechobecne w nabiale mleko w proszku - wszystko to sprawia, że żywność ostatecznie jest dużo tańsza, ale wcale nie lepsza! Wręcz przeciwnie - jest gorsza i dziecku bym jej nie dała!



Muszę mieć zatem 170zł tygodniowo na "spożywkę". Czasem starcza na 10 dni, czasem na 7 - wiadomo, lista składników się zmienia. Raz kupuję oliwę za 15zł, innym razem oliwki za 2,50zł. Raz wybieram kluski na parze jako danie gotowe (3zł), innym razem pierogi blisko dwa razy droższe. Czasem porywam się na ser kozi dla Poli (7zł), innym razem wystarczą jej jogurty (3zł). Stąd wahania wydajności takich zakupów.

Najdroższe jednak są rzeczy niespożywcze, które i tak musimy kupować: pieluchy, środki czystości, mleko dla Poli - w sumie wychodzi nas to ok. 330zł miesięcznie, czyli ok. 83zł tygodniowo. Tutaj też doświadczamy ambiwalencji: czasem siostra przywiezie miesięczny zapas pieluch, innym razem teściowa kupi coś taniej na promocji w Superpharm, albo sama zamówię online z rabatem 20% w jednej drogerii i z dostawą pod drzwi (a 20% to 66zł - czyli prawie ekwiwalent połowy tygodniowych zakupów spożywczych!).

1000zł na utrzymanie domu to bardzo niewiele. Dodam, że moim subiektywnym zdaniem dzieje się tu utrzymanie na wysokim poziomie. Jeśli przejdę na tańsze środki chemiczne, inne proszki do prania i zastępcze worki do odkurzacza; czasem pozwolę sobie na ekstrawagancję w postaci mleka w proszku w jogurtach i dorzucę do tego przymrużenie oka w wyborze serów i dań gotowych - wówczas jestem w stanie zejść nawet do 800zł miesięcznie, a to bardzo niewiele.

Jeśli przychodzą takie suche miesiące, jak obecnie - kiedy w rubryce dochodu można wpisać jedynie "utracony" albo przeklinać siarczyście na błędy niekompetentnego księgowego - nie ma innej opcji niż zacząć oszczędzać. Pszczyna idzie tu na rękę mieszkańcom bo nie ma tu transportu publicznego. Jeśli czegoś potrzebujesz możesz po to pójść - dzięki tej polityce dookoła domu znajduję co rusz rozliczne sklepy spożywcze i usługowe, które konkurują ze sobą w bardzo cywilizowany sposób: jest taniej. Dodatkowo nie muszę jeździć po zakupy autem - mogę załatwić to na piechotę. Spadają dzięki temu rachunki za benzynę. Mąż jeździ do pracy pociągiem (benzyna kosztowałaby go trzy razy więcej!), ja korzystam z auta w sytuacjach koniecznych (wyjazd do dziadków, dalsze wyprawy, wyjazdy last-minute). Dzięki temu jesteśmy w stanie wykorzystywać miesięcznie 1 bak paliwa (ok 200zł) - a czasem nawet mniej.

W przyszłym miesiącu mąż osiądzie w domu - najpierw L4 na opiekę nad żoną po cesarce, później 2 tygodnie tacierzyńskiego i święta - zaoszczędzimy i na benzynie i na przejazdach pociągowych. Ta sama kasa pójdzie na prezenty gwiazdkowe i zakupy świąteczne.

Na szczęście rodzina poszła po rozum do głowy: prezenty kupujemy tylko dzieciom, dorosłym symbolicznie - do 50zł na prezent, a na dodatek każdy kupuje tylko jeden (zrobiliśmy sobie klasowe mikołajki i losowaliśmy nazwiska do obdarowania). Ponadto Wigilia i całe święta są składkowe - ja mam zrobić sernik, mama kapusty i karpia, teściowa siostry pierogi, ciotka barszcz itp. 

Być może dzięki temu nie tylko nie przekroczymy naszych możliwości finansowych, ale nawet nie umęczymy się zbytnio w organizacji świąt i gonitwie za nietrafionymi (jak zawsze) prezentami?

Jest coś takiego jak piramida finansowa gospodarstwa domowego, co stosuję w chwilach spadku formy finansowej. Wówczas pilnuję wartości procentowych. Jeśli nadwyżki pojawiają się w sektorze rachunków (np. sezon na nowe ubezpieczenie, nieprzewidziany mandat itp.) wówczas staram się oszczędzać w sektorze wydatków podstawowych, by zachować równowagę. Jeśli chcę wydać więcej na zakupach, albo mamy wtedy palące potrzeby (np. nowe buty itp.) wówczas niwelujemy dojazdy i wybieramy tańsze produkty spożywcze. Piramida zakłada też, że czasem oszczędności idą na rozrywki w postaci wyjść, wyjazdów czy zwykłego kina - nawet pod kreską nie można zapominać, że się żyje.



Budżet naszej rodziny jest dość chwiejny. Dwójka humanistów bez pełnych etatów (mąż) czy też bez etatu w ogóle (ja) to ekwiwalent wiecznych zaskoczeń finansowych. Życie od grantu naukowego do projektu unijnego to nie stabilizacja, o jakiej marzyłam, ale niestety takie mamy w tej chwili możliwości. Kompletowanie wyprawki dla Poli przypadło nam na lata tłuste, Adaś pojawi się w bardzo chudym ekonomicznie momencie. Na szczęście nadwyżki sprzed dwóch lat to wkład stały: nosidło, kocyki, część ubranek, akcesoria do karmienia, fotelik, wózek itp. Co cięższe finansowo elementy wzięła na siebie nasza rodzina (wymiana wózka na podwójny) i przyjaciele (ubranka), więc nie ucierpieliśmy zbytnio. Przyjdą jednak dwa kolejne miesiące, kiedy oszczędzanie stanie się naszą mantrą (co w zasadzie sygnalizuję na blogu od blisko dwóch postów). Ciekawe czy uda nam się nie przekraczać wypłat na połówce mężowskiego etatu i ciekawe kiedy skończy się to zaciskanie pasa. Wszystko mam przemyślane - doraźnie. Nie przewidziałam wydatków, które są opcjonalne, nie biorę pod uwagę choinki na Święta (zawsze wygrywałam ją od RMF za kolędowanie na radiowej estradzie pod Spodkiem). Nie myślę nawet o wymianie garderoby po ciąży albo o nowych książkach. W grę nie wchodzą żadne wyjazdy ani goszczenie u nas znajomych. Przerzucimy się na rękodzieło w kwestii utrzymania domu, samochodu i dzieci (więcej szycia, sprzątania, napraw i gotowania). Spłata kart kredytowych będzie musiała poczekać. Praca doktorska męża tyczyła się w końcu sekularyzacji więc wiara w przesądy byłaby tu zdecydowanie nie na miejscu - cóż z tego, że wejdziemy w Nowy Rok z długami jeśli będzie temu towarzyszyła perspektywa kolejnego grantu, nowej pracy albo projektu unijnego? Musimy "to wygrać", bo... "jak nie my to kto?"


Pozdrawiam,
O.

Komentarze

  1. U nas 1600 zł to sam opłaty (kredyt + czynsz, telefony, TV, internet). Reszta jak u Was.

    U nas jest tak, że teraz jak mamy dziecko, to bardzo mało pieniędzy jest przeznaczanych na restauracje, jakieś dania gotowe. Choć nie jestem fanką gotowania, to zawsze staram się, żeby coś ciepłego było w domu, szczególnie, że córka już jada normalne obiady. Tutaj odchodzą pieniądze. Obiady nie są wykwintne, czasem to nikomu, poza mężem, bym tego nie podała, ale zawsze coś jest ciepłego i zdrowego :)
    My żyjemy na wiecznym, zdrowym oszczędzaniu, szczęście, że póki co było zawsze z czego, ponieważ:

    - mamy na razie małe mieszkanko w dużym mieśce na kredyt, 40 m2, a w planach coś większego, za swoje w części, tak, by kwota kredytu nie była większa, niż ta, którą mamy obecnie. Wiadomo, trzeba mieć wtedy swoją gotówkę.
    - miałam przed urodzeniem dobrą pracę, która nie była mi dana na zawsze, głównie ze względu na chwiejność branży, w której pracowałam i swierdziłam, że te bogatsze lata trzeba wykorzystać i nie wydawać na zachcianki, tylko dlatego, że się ma pieniądze.
    Zawsze wychodzę z założenia, że pieniądze raz są a raz ich nie ma i trzeba zawsze na tą ewentualność być przygotowanym, jeśli jest to możliwe, aby się przygotować.
    Jest to takie raczej życie poniżej naszych możliwości finansowych, niż takie skrajne oszczędzanie.

    Tak jak Ty, na żywności nie oszczędzam, ale nie na jej ekstrawagancji i dziwności, ale jak Ty na jakości. Nie obkupuje się ubraniami, gadżetami. Nie oszczędzałam, aż tak na biustonoszach do karmienia jedynie. Piżamek specjalnych do karmenia też nie miałam, akurat były fajne na długi rękaw, na guziki, a rodziłam na początku zimy, w Carrefour i była za 40 zł. Była super. Dla córki też nie ma jakiś gadżetów, wielkiego stosu zabawek, które jeśli były, to były kupowane używane. Używane ma kurteczki teraz na zimę, nowe czapeczki ( z promocji z zeszłego roku w Smyku), rękawiczki, szaliczk, buty. Nowa była spacerówka za 600 zł, bo gondola + spacerówka była Jedo Fyn szaro zielona, stara, używana, na którą szczerze, bo miesiącu nie mogłam patrzeć :) Wiecej już zliczać nie będę, oszczędze czytania :) W każdym razie w duchu podśmiałam się jak moja koleżanka, która rodząc miesięcy po mnie, obkupując swoje nienarodzone dziecko oznajmiła, że ona i jej mąż uważają, że na dziecku nie będą oszczędzać. Ok, ale czy trzeba kupować maluszkowi od razu kompleciki za 70 zł w ilości 6 sztuk plus spodeneczki za 60 zł i buciki za 40 zł ? Przy dziecku jest tyle wydatków, że naprawdę, trzeba przemyśleć, co i za ile się kupuje. Emolienty, kremiki, pampersy, dodatkowe szczepienia, nie mówiąc o 5w1, potem leki, mleka, itp itd a niech się przytrafi jakiś specjalista, którego trzeba odwiedzić prywatnie..... To tak na marginesie :)

    Nie mam drugi rok super, eleganckich butków zimowych, których brakuje w szafie do kompletu innych, ale stwiedziłam, że jak nie chodzę do pracy to nie s mi potrzebne - mam inne, typowo spacerowe i jest ok. Jedynie połasiłam się na kurtkę w tym roku, jako dodatkową - parkę - poszłam w weekend rozejrzeć się a w Camaieu taka niespodzianka, że kurtka z 349 zł na 249 zł przeceniona - moja radość była wielka - wiadomo :) Bluzki porządnej to już dawno nie widziała, no spodnie sobie kupiłam w Stravivardiusie.

    Ale i tak nie da się tak mega zaciskać pasa, zawsze coś wyskoczy, zawsze na coś trzeba wyciągnąć nieprzewidywanie pieniądze, choćby na w/w leki, dlatego podziwiam ludzi, którzy potrafią naprawdę za malutkie pieniądze udźwignąć wydatki całego domu.

    Pozdrawiam,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, u nas pensja do podziału na trójkę to 1300zł miesięcznie!

      Usuń
  2. To jak robicie opłaty za mieszkanie, rozumiem, kredyt odpada u Was, ale przecież płaci się jakiś czynsz. Jeśli bezczynszowe macie mieszkanie, to przecież jest do opłaty ogrzewanie, prąd, internet. Jeśli napisałaś o 1000 zł to 300 idzie na opłaty?

    Nie przeczytałam tego posta aż tak dosłownie:) , że to jest faktycznie na życie na cały miesiąc 1000 zł. Bo jest to, moim zdaniem, bardzo, bardzo mało:(

    Jak pisałam wcześniej, nam zjada kredyt i opłaty około 1600 zł, a z pozostałym rzeczami, bez takiego ostrego zaciskania pasa mieścimy się w około 2000 zł.

    Ja wychowałam się bardzo biednie i wiem co to znaczy nie mieć na podstawowe rzeczy, choć głównie dźwigała to moja mama, jednak ja rozumiałam, że pieniędzy nie ma. Teraz z perspektywy czasu, dopiero wiem, jak naprawdę mojej mamie było ciężko wykombinować tak, żeby na wszystko co niezbędne starczyło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, 300zł idzie na opłaty, mieszkanie jest bezczynszowe i kredytu nie mamy. Dodatkowy dochód jest z korepetycji (jakieś 200zł/m-c) i z doraźnych premii męża (czasem wpadnie 13-ka, czasem premia, czasem dodatek świąteczny, czasem wakacje pod gruszą...). Generalnie to jest bardzo, bardzo mało, ale dopiero od grudnia (włącznie). Do końca listopada jeszcze ZUS wypłacał mi ekwiwalent pensji, kiedy przebywałam na L4, mimo, że byłam zatrudniona na umowę na zastępstwo jedynie do czerwca 2015. Teraz już nie będę miała takich zusowskich dotacji, bo niestety nie ulega to przedłużeniu na okres macierzyński.

      Usuń
  3. To faktycznie mało, znowu będzie mąż chciał więcej pracować, żeby więcej pieniędzy było w domu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Może marna to pociecha, ale zimą mrożonki są zdrowsze niż importowane lub przechowywane z mnóstwem konserwantów warzywa. Jesli masz do wyboru świeżego kalafiora a tego z mrożonki to się nie wahaj i kupuj mrożonkę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na razie jeszcze są na targu całkiem niezłe.Kalendarz upraw polskich mówi, że jeszcze w listopadzie jest sezon na kalafior (i na buraki, brukselkę, kalarepę, endywię, cykorię, seler, dynię czy roszponkę). Posucha dopiero od grudnia :/ Wtedy przerzucenie się na mrożonki faktycznie wydaje się sensowne. Zupełnie o tym zapomniałam!

      Usuń
  5. Kochana od 1 stycznia 2016 kazda mama bedzie dostawac 1000zl netto przez 12 m-cy. Tyrowniez bedziesz mogla sie o to starac. Co prawda nie bedzie sie wliczal czas przed wejsciem ustawy w Twoim przypadku bedziesz mogla za 11 m-cy dostawac cos a'la zasilek macierzynski. Buziaki i szczesliwego rozwiazania:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kimkolwiek jesteś - dobrze, że jest jakaś opcja. Podaj mi jeszcze do tego podstawę prawną to chętnie się postaram o taki zasiłek!

      Usuń
    2. Wystarczy wpisac w wyszukiwarke zasilek macierzynski 2016. Z tego co sie orientuje sklada sie podanie plus akt urodzenia dziecka w zusie. Ma sie do 3m-cy na zlozenie wniosku. Zasilek bedzie nalezal sie osobom bezrobotnym (z tego co sie orientuje nie trzeba byc zarejestrowana w PUPie), studentkom i calej reszcie, ktora dotychczas nie miala do tego prawa lub ich zasilek bedzie nizszy niz tysiac (bedzie wyrownanie).

      Pozdrawiam,
      M.

      Usuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarz.

Popularne posty z tego bloga

Z punktu widzenia mamy: Białka Tatrzańska - miejsce na urlop z dzieckiem?

Rodzinny wypoczynek w Białce Tatrzańskiej? To chyba jakiś żart. Wybierając to miejsce kierowałam się raczej udogodnieniami w hotelu i dobrą ofertą cenową, niż urokami miejscowości. No, bo kto z Was liczy na urocze i rodzinne chwile w zatłoczonym górskim top ten wakacyjnych wyjazdów?

Najgorzej byłoby chyba w samym Zakopanym. Białka Tatrzańska, Poronin i Bukowina Tatrzańska są na drugim miejscu jeśli chodzi o gwar, tłok i brak odpowiedniej infrastruktury urlopowo-dziecięcej. Samo miasto to tak na prawdę wieś biegnąca wzdłuż przelotowej trasy Zakopane-Nowy Targ. Ruch samochodowy jak w dużym mieście, chodnik wąski i tylko z jednej strony. Żadnych barierek - podziwiam rodziców puszczających swoje dzieci solo na takiej trasie. Wędrując z Kaniówki (gdzie mieszkaliśmy) do centrum Białki mija się najpierw enklawę pensjonatów dwugwiazdkowych i typowy polski, wakacyjny relaks. To oczywiście domy typu "U Joanny" czy "Pokoje u Basi" (przy dobrych wiatrach "Pensjonat pod Ta…

Siostra i brat, czyli jak nam się poukładały ostatnie dwa miesiące

"Będą jak bliźnięta. Już za rok córka będzie przekonana, że miała brata od zawsze" - powiedziała na którejś wizycie ginekolożka (pewnie na widok mojej niepewnej miny i generalnego zdenerwowania ówczesnym stanem rzeczy).

Moja siostra jest ode mnie dużo starsza. Kiedy ona szła do liceum, ja, gówniara, próbowałam śpiewać z playbacku Majkę Jeżowską na akademiach w podstawówce. Nie przyjaźniłyśmy się. Chciałam na siłę szybko dorosnąć, żeby się ze mną zakolegowała. W zasadzie się udało, ale dopiero całkiem niedawno. Wiadomo - mąż, dzieci, praca. Teraz, kiedy mamy jakąś wspólnotę doświadczeń dogadujemy się nawet nieźle. Wcześniej zdecydowanie nie. Dlatego chciałam, by moje dzieci miały więcej ze sobą wspólnego. Mała różnica wieku, którą im z mężem zafundowaliśmy miała temu sprzyjać. I muszę Wam napisać - jest bardzo dobrze!

Dzieciaki dogadują się ze sobą świetnie, mimo, że Polka porozumiewa się równoważnikami zdań (z lekką skłonnością ku sienkiewiczowsko-afrykańskiego diale…

Nie karmię piersią

Karmi się piersią. I już. I kropka. Niekarmienie piersią opatrzone jest współczującymi okrzykami, internetowym poklepywaniem po plecach i grupami wsparcia - bo wiadomo, że skoro piersią nie karmię, to musiało wydarzyć się coś absolutnie strasznego.

Nagłówki krzyczą, że w zasadzie nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, że to nic złego, albo, że też można poczuć się jak pełnoprawna matka. Deprecjonujące podejście do niekarmienia piersią widać choćby w tych artykułach, które mówią, że od dziś już nie trzeba się tego wstydzić. Ergo - trzeba było (najwyraźniej do wczoraj), wyrzuty sumienia też trzeba było mieć. Wespół oczywiście ze świadomością szkody dla dziecka. Niekarmienie piersią - oblanie społecznego egzaminu z macierzyństwa.

Ale zaraz, chwileczkę. Zanim terrorystki laktacyjne zaczną piłować klawiaturę wyjaśnijmy kilka stałych w równaniu tego całego niekarmienia. Przede wszystkim nie twierdzę, że karmienie piersią jest mniej wartościowe. Nie twierdzę też, że karmienie butelką jest lepsze…