Przejdź do głównej zawartości

Days 3, 4, 5, 6

W moim ciele najbardziej lubię... swój mózg. Jest integralną częścią mojego ciała. I jestem z niego niesamowicie dumna. Ma unikalną budowę. Jest lekko nadpobudliwy, bo najwyraźniej potrzebuje więcej bodźców na rozruch niż inne znane mi mózgi. Ale jak już wystartuje to jako maszyna jest nie do zatrzymania. Kojarzy tak szybko, że aż para leci. Przyswaja wiedzę ekspresowo. A na dodatek dba o mój niezmiennie wysoki poziom humoru sytuacyjnego. Przy tym wszystkim sprawnie zawiaduje wszystkimi procesami życiowymi mojego organizmu. Mózg sprawia, że jestem, kim jestem. Po części kontroluje nawet mój temperament bo pięknie potrafi wyhamować, albo wręcz przeciwnie - nie nadąża za popędliwością serca i pozwala mi uwolnić całą tę drzemiącą we mnie ekspresję. Uwielbiam swój mózg.

Pozostając w obrębie głowy... lubię też moje włosy. Dużo czasu zajęło mi pogodzenie się z wrażliwymi na wilgotność pędami, które po przebudzeniu niezmiennie dają mi look Diany Ross. Moje włosy to po prostu lata 80-te. Bez ręki tapira i lakieru sterczą tak, jakby chciały dopasować się do kaciasych poduszek na ramionach i spandeksu. Ale jest ich dużo. Wprost ogromnie dużo. Są gęste, silne i zaskakująco lśniące (kiedy już potraktuję je prostownicą). Swoją drogą - przy takim frywolnym sposobie bycia moje włosy są zaskakująco zdyscyplinowane. Kiedy już zaproponuję im jakąś stylizację to podążają za prostownicą vel lokówką dość biernie i pozostają idealne do końca długich imprez. Nawet teraz, kiedy nawet wyprostowane na gładko ciągle występują w aureoli tzw. pociążowych baby hair jestem z nich zadowolona. A kiedyś nie byłam. Kiedyś słyszałam, że przypominam lwa albo nutrię i raczej nie nadawałam się na bohatera pierwszoplanowego. Ale potem dotarło do mnie, że zawsze słyszę też, że mam ich bardzo dużo, że inne dziewczyny mi zazdroszczą, że też takie chcą, że nie mam na co narzekać. No to przestałam.

Lubię też swoje oczy... za to, że mogę nimi patrzeć. To przede wszystkim. Patrzenie jest niesamowitą zdolnością, z której benefitów na codzień nie zdajemy sobie sprawy. A mnie sama obserwacja zawsze sprawiała szaloną przyjemność. Lubiłam (i dalej lubię) siadać w kawiarniach przy oknie i z kubkiem kawy po prostu gapić się na przechodniów. Zastanawiać się dokąd idą (serio... dokąd idą o 10 skoro wszyscy pracują od 8?), jakie mają historie, co mówi o nich ich strój, kto wybiegał dziś  z domu w pośpiechu, kto przystaje i pstryka selfie usatysfakcjonowany swoim odbiciem w wystawie. Uwielbiam to. Bez oczy ciężko byłoby mi mieć takie hobby. Lubię też swoje oczy za to jak same wyglądają. Za głęboką, brązową barwę, ciemną oprawę, dłuuuugie rzęsy, które zawsze obijają się o szkła okularów i odbijają się tuż obok brwi. Lubię z satysfakcją patrzeć w lustro, kiedy wykonuję ostatni szlif tuszem do rzęs i powtarzam sobie wtedy: "Czego nie wiem to dowyglądam" i ruszam w świat.

Moje usta też są całkiem fajne. Nie są za duże. Powiedziałabym nawet, że małe, ale za to są dość zgrabne. I rewelacyjnie nadążają za tym, co mam do powiedzenia. Są ekspresyjne, świetnie wyginają się w grymasie zgorszenia czy pogardy. Kiedy zaś uśmiecham się najszczerzej na świecie okazuje się, że są w stanie rozciągnąć się ukazując szeroki wachlarz moich zębów. Ładnie wyglądają w delikatnym różu, ale i są w stanie udźwignąć odpowiedzialny ciężar czerwonej szminki.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Siostra i brat, czyli jak nam się poukładały ostatnie dwa miesiące

"Będą jak bliźnięta. Już za rok córka będzie przekonana, że miała brata od zawsze" - powiedziała na którejś wizycie ginekolożka (pewnie na widok mojej niepewnej miny i generalnego zdenerwowania ówczesnym stanem rzeczy).

Moja siostra jest ode mnie dużo starsza. Kiedy ona szła do liceum, ja, gówniara, próbowałam śpiewać z playbacku Majkę Jeżowską na akademiach w podstawówce. Nie przyjaźniłyśmy się. Chciałam na siłę szybko dorosnąć, żeby się ze mną zakolegowała. W zasadzie się udało, ale dopiero całkiem niedawno. Wiadomo - mąż, dzieci, praca. Teraz, kiedy mamy jakąś wspólnotę doświadczeń dogadujemy się nawet nieźle. Wcześniej zdecydowanie nie. Dlatego chciałam, by moje dzieci miały więcej ze sobą wspólnego. Mała różnica wieku, którą im z mężem zafundowaliśmy miała temu sprzyjać. I muszę Wam napisać - jest bardzo dobrze!

Dzieciaki dogadują się ze sobą świetnie, mimo, że Polka porozumiewa się równoważnikami zdań (z lekką skłonnością ku sienkiewiczowsko-afrykańskiego diale…

Z punktu widzenia mamy: Białka Tatrzańska - miejsce na urlop z dzieckiem?

Rodzinny wypoczynek w Białce Tatrzańskiej? To chyba jakiś żart. Wybierając to miejsce kierowałam się raczej udogodnieniami w hotelu i dobrą ofertą cenową, niż urokami miejscowości. No, bo kto z Was liczy na urocze i rodzinne chwile w zatłoczonym górskim top ten wakacyjnych wyjazdów?

Najgorzej byłoby chyba w samym Zakopanym. Białka Tatrzańska, Poronin i Bukowina Tatrzańska są na drugim miejscu jeśli chodzi o gwar, tłok i brak odpowiedniej infrastruktury urlopowo-dziecięcej. Samo miasto to tak na prawdę wieś biegnąca wzdłuż przelotowej trasy Zakopane-Nowy Targ. Ruch samochodowy jak w dużym mieście, chodnik wąski i tylko z jednej strony. Żadnych barierek - podziwiam rodziców puszczających swoje dzieci solo na takiej trasie. Wędrując z Kaniówki (gdzie mieszkaliśmy) do centrum Białki mija się najpierw enklawę pensjonatów dwugwiazdkowych i typowy polski, wakacyjny relaks. To oczywiście domy typu "U Joanny" czy "Pokoje u Basi" (przy dobrych wiatrach "Pensjonat pod Ta…

Nie karmię piersią

Karmi się piersią. I już. I kropka. Niekarmienie piersią opatrzone jest współczującymi okrzykami, internetowym poklepywaniem po plecach i grupami wsparcia - bo wiadomo, że skoro piersią nie karmię, to musiało wydarzyć się coś absolutnie strasznego.

Nagłówki krzyczą, że w zasadzie nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, że to nic złego, albo, że też można poczuć się jak pełnoprawna matka. Deprecjonujące podejście do niekarmienia piersią widać choćby w tych artykułach, które mówią, że od dziś już nie trzeba się tego wstydzić. Ergo - trzeba było (najwyraźniej do wczoraj), wyrzuty sumienia też trzeba było mieć. Wespół oczywiście ze świadomością szkody dla dziecka. Niekarmienie piersią - oblanie społecznego egzaminu z macierzyństwa.

Ale zaraz, chwileczkę. Zanim terrorystki laktacyjne zaczną piłować klawiaturę wyjaśnijmy kilka stałych w równaniu tego całego niekarmienia. Przede wszystkim nie twierdzę, że karmienie piersią jest mniej wartościowe. Nie twierdzę też, że karmienie butelką jest lepsze…