Przejdź do głównej zawartości

Storytelling czyli Barbie doll

Barbie jest fajna. Niektórzy twierdzą, że nie jest, ale ja osobiście uważam że Barbie jest całkiem wporzo. A uświadczam tego motywu nad wyraz często, odkąd moja córka skończyła trzy lata. Inaczej niż u Ruby Soho, u nas przygoda zaczęła się bardzo dawno temu pewnym... fail start'em.

Kiedy Polka była bardzo, bardzo mała mój tata, a Poli dziadek, kupił jej,  w akcie niekontrolowanej, dziadczynej miłości lalkę Barbie. Ojciec mój od lat jest wiernym miłośnikiem Marilyn Monroe więc kierowany własną estetyką wybrał dla swojej wnuczki blondynkę o iście kalifornijskiej urodzie. Pola miała półtora roku i nie miała jeszcze wyrobionego w tej kwestii zdania, więc niewiele myśląc zdarła z lali różową kieckę (która momentalnie zaginęła) i zatargała dziewczynę  do wanny, jak przystało na surferską urodę Barbie. Bezimienna, plastikowa piękność pętała się od tego czasu tu i ówdzie, głównie naga, niewpisując się specjalnie w zabawy małej dziewczynki. Pewnego dnia trafiła do kosza z zabawkami, które aktualnie nie są w użyciu i tak przezimowała blisko rok - biedna, bo nadal bez ubrania.

Kilka miesięcy temu przeglądałam bezczelnie Instagrama przy dzieciach i niepomna ich zaangażowania w każdą, absolutnie każdą działalność matki - nieopatrznie włączyłam profil Ruby Soho, ekspertki od customized Barbie i usłyszałam tuż obok siebie głos małej dziewczynki "To moja lalka?". "Nie, to Kropki" spokojnie wytłumaczyłam, ale ziarno zostało zasiane. Od tego momentu wzrosło zainteresowanie Poli jej wielkimi bobasami, reaktywowała butelki do karmienia i wanienkę z taniego plastiku. Wyjęłam więc naszą nagą Barbie. Chwyciło. Już po kwadransie "szyłyśmy" wspólnie ubranka dla nagiej pannicy ze zdziesiątkowanych skarpet a dwa dni później na liście prezentów urodzinowych figurowało już kilka konkretnych lalek. Spędziłam pierwsze godziny online szukając ubranek dla naszej surferki, które ani nie będą tandetne, anie nie wymiotą resztek moich oszczędności z konta. Znalazłam.

Próbowałam coś zrobić z naszą Miss Plastic Fantastic, ale jak tylko próbowałam wcisnąć ją w ołówkowe spódnice z białych skarpet wyglądała strasznie suczo i tanio. Róż sprawiał, że promieniała głupotą, wydawała się wyższa i jakby mniej na miejscu. Znów miałam ochotę wrzucić ją do wanny. W końcu dotarło do mnie, że zamiast walczyć z jej aparycją powinnam podkreślić jej all american look i czem prędzej zamówiłam dla niej dres z wytartą flagą amerykańską. Mala-moda-dolls szyje cudowne, aboslutnie fantastyczne ciuszki. Na Allegro za grosze - max 15zł. Dresy, tuniki, legginsy, sukienki, stroje letnie i zimowe. Wszystko (no dobra, prawie wszystko, bo jednak print w serduszka albo różowe moro jest mi odległy) założyłabym sama bez żenady (zwłaszcza, że dziewczyna szyje też dla Barbie XXL z serii Curvy!). Przyszedł dres i nagle nasza Marilyn zmieniła się w piękną dziewczynę, wyluzowaną patriotkę z kraju wielkich możliwości i hollywoodzkich przemówień. Od razu zawyglądała, jakby urodziła się do prowadzenia bloga lifestyle'owego. Liczne kąpiele utrwaliły efekt permanentnej trwałej rodem z lat 80-tych. Szalone disco pomieszane z lekko sportową stylówką i podkreślona blond-uroda - Barbie już nigdy nie zmieni imienia. Na zawsze pozostanie wiernym posągiem Barbie-landu. Od tego momentu miałyśmy już w domu z Polką prawdziwą, amerykańską Miss, a serial o Barbie na Netflix tylko utwierdził nas obie w tym przekonaniu.



Kilka dni później były urodziny Poli. Trzecie - te najważniejsze. Swoją drogą - co roku są najważniejsze. Moja siostra - a Poli ulubiona ciocia - kupiła jej (nieco tylko wykraczając poza zamówienie małej dziewczynki) Barbie Agentkę z całym dobrodziejstwem tej postaci - czyli gumową, fioletową kiecką, włosami z różowym pasemkiem, zginanymi stawami i zaciętym w boju wyrazem twarzy. Do tego był film. Ten dokupiłam sama. Od tego momentu przez cały miesiąc niemal codziennie leciały w domu Barbie Agentki (Spy Squad). Polka zaczęła ćwiczyć amatorską gimnastykę artystyczną, bawiła się w łapanie złodziei i z roziskrzonymi oczami wpatrywała się urzeczona w scenę, gdzie Agentki w błyszczących brokatem płaszczach wychodzą na akcję. Na kolanach trzymała wtedy swoją Agentkę w takim samym płaszczu i krzyczała do mnie krzątającej się w tym czasie po kuchni: "Mamo, mamo, mamo, mamo!!!!!! Chodź, chodź!!!! Szybko, idą, one idą!!! Przegapisz, no chodź, szybko, szybko!!!!!!". Biegłam więc nie zważając na przypalającego się na patelni kurczaka i z równą ekscytacją dołączałam się do mojej trzylatki.

Agentka pobiera czasem dres swojej kalifornijskiej koleżance. Wygląda wtedy jak dziewczyna Kapitana Ameryki. Ja, matka, dorosła matka, niepoprawna fanka Marvela (gdybym kiedyś miała mieć tatuaż to byłoby to właśnie logo tych komiksów) spoglądam czasem ckliwie na półkę z lalkami. Zwłaszcza na naszą fioletową Agentkę. W tej wytartej bluzie narzuconej na sportowe ciuchy i tę gumową spódniczkę. Zblazowana, z nogą założoną na kolano, zawadiacko przysiadła sobie na krawędzi regału. Po akcji, w któej uratowała Nowy Jork, wlała solidnie bandzie wielkich zbirów i udało jej się udaremnić kradzież klejnotów na Bliskim Wschodzie siedzi zmęczona a różowe pasemko opada jej niesfornie na czoło. Czasem w niedbale zawiązanym kucyku leży na kanapie z rękami po głową i przysłuchuje się pogaduszkom koleżanek. I też gada. O facetach, przygodach. W saloniku z Ikei. Jessica Jones zasugerowałaby jej zapewne ciemniejszy makijaż i mniejszą ekstrawagancję, ale to ten sam typ dziewczyny. Przynajmniej w moich oczach.



Od kuzynek moich Polka dostała też programistkę komputerową z małym laptopem, ipadem i z czerwonymi włosami oraz lalkę Curvy z niebieskimi pasemkami. Te też lubię. Każda z tych lalek ma swój niebanalny styl. Programistka szybko porzuciła swoją komputerową karierę, bo Polka, zgodnie chyba z naczelną zasadą trzylatek, również nazywa swoje lalki na cześć darczyńców. Programistka szybko więc stała się Magdą, która w wolnych chwilach para się weterynarią. Został dla niej zamówiony fartuch lekarski z czerwoną psią łapką (w zestawie ze szczeniaczkiem Golden Retrivera) i Magda od teraz dołączyła do grona lalek "z pracą". Razem z Agentką ocierają więc pot z czoła i z ulgą zasiadają wieczorem na żółtym fotelu. Wymieniają się ciuchami. W tej gumowej kiecce Magda wygląda czasem jakby szła na ostrą imprezę. Różowy, brokatowy płaszcz i jej "koputerowy" top przydają jej trochę techno charakteru ale nam to nie przeszkadza. Lubimy ją. A jej sprzęt, tj. laptop budzi absolutne uwielbienie dzieciaków. Adamek ciągle jest przekonany, że i tam pewnego dnia pojawi się jego bajka. Pola zaś - nie gubi go. Zawsze znajduję go w widocznym miejscu i wprst nie mogę uwierzyć, że ten mikro diwajs nadal się "trzyma", skoro 2 pary barbie-okularów zostały zmiażdżone niemal od razu.



Lubimy też tę trochę grubszą lalę, choć przyznaję - miłość ta narasta a moje dziecko uczy się tolerancji. Kiedy ją odpakowała powiedziała: "O patrz, gruba jest. Dla ciebie?". Lekko zraniona, ale w sumie bez większego zdziwienia odnotowałam, że lalka zaiste przypomina nieco mnie. W tym przekonaniu utwierdził mnie też syn, który dumnie obnosił lalkę po domu obwiedzczając przy tym całej dzielnicy: "mama". Kiedy lalka odkrywała uroki lekko grungowej stylówki (i zyskiwała tymsamym moją szczerą sympatię) Pola jakby ignorowała jej istnienie. Kwitowała tylko jej figurę bezdusznym epitetem "gruba" i "pozwalała" jej na bezkolizyjną egzystencję w lalkowym saloniku. Tak też początkowo wyglądała tam nasza Curvy Barbie - jakby na doczepkę. Każda z lalek mocno manifestowała swoją osobowość a ta jedna jakby kuliła się w swojej aparycji. Z włosami za długimi i przestraszonymi zielonymi oczami wyglądała jakby zaiste szukała dopiero swojego stylu. Dopiero kiedy przywdziała lekarski fartuch i spięła (taaa, sama spięła) włosy w oficjalny kok Polka zachwycona włączyła ją do działań. Stała się Martą (a to nowość! skąd - nie wiem. Bywała już Karoliną i Agatą. Wygrała Marta - jedyne imię, które z całego tego lalkowego inwentarza w naszej rodzinie nie występuje. A jedyna Marta, którą Pola zna jest szczupłą i eteryczną blondynką!) lekarką, która kompetentnie opiekuje się Bolkiem i Lolkiem po przejściach. Swoją drogą ta konkretna lalka mocno przypomina Olę Kasprzyk vel Lucynkę z Legend Allegro. Przypadek?



Takie są te nasze lalki. Piszę "nasze" nie bez powodu. Pola też zna je w ten sam co ja sposób, ale to ja uczę jej ich charakterów. Osobowości lalek oczywiście są płynne i zmienne - w zależności od stroju i funkcji. Ale staram się zwrócić uwagę mojej córki na to, że wygląd jest jakimś odzwierciedleniem wznętrza. Dzięki różnym figurom (często porównujemy lalki - nawet bez ubrania! Mają przecież różne odcienie, różną wielkość bioder, różne kolory włosów itp.), różnym twarzom, różnym w końcu ubraniom lalki stają się różnymi osobami. A Pola powoli uczy się tego systemu - tworzenia i oceniania. Odgadujemy razem ich historie i wtłaczamy lalki w różne sytuacje społeczne, co swoją drogą trzylatce robi bardzo dobrze. Uczymy się tolerancji, otwartości. Uczymy się też gustu. Tego, kiedy wkładamy adidasy, a kiedy buty na obcasie. Tego, że na randkę idziemy w ładnej sukience a do pracy w eleganckich ciuszkach. Po domu chodzimy na luzie a na akcję ratowania świata musimy założyć spandex.

Nie wiem sama co lubię bardziej. To, że mogę bawić się lalkami, to, że moja córka je lubi, czy to ile cudownych narracji przy tym tworzymy. Storytelling - czyli zabawa lalkami Barbie.

Pozdrawiam Was ciepło,
O.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Siostra i brat, czyli jak nam się poukładały ostatnie dwa miesiące

"Będą jak bliźnięta. Już za rok córka będzie przekonana, że miała brata od zawsze" - powiedziała na którejś wizycie ginekolożka (pewnie na widok mojej niepewnej miny i generalnego zdenerwowania ówczesnym stanem rzeczy).

Moja siostra jest ode mnie dużo starsza. Kiedy ona szła do liceum, ja, gówniara, próbowałam śpiewać z playbacku Majkę Jeżowską na akademiach w podstawówce. Nie przyjaźniłyśmy się. Chciałam na siłę szybko dorosnąć, żeby się ze mną zakolegowała. W zasadzie się udało, ale dopiero całkiem niedawno. Wiadomo - mąż, dzieci, praca. Teraz, kiedy mamy jakąś wspólnotę doświadczeń dogadujemy się nawet nieźle. Wcześniej zdecydowanie nie. Dlatego chciałam, by moje dzieci miały więcej ze sobą wspólnego. Mała różnica wieku, którą im z mężem zafundowaliśmy miała temu sprzyjać. I muszę Wam napisać - jest bardzo dobrze!

Dzieciaki dogadują się ze sobą świetnie, mimo, że Polka porozumiewa się równoważnikami zdań (z lekką skłonnością ku sienkiewiczowsko-afrykańskiego diale…

Z punktu widzenia mamy: Białka Tatrzańska - miejsce na urlop z dzieckiem?

Rodzinny wypoczynek w Białce Tatrzańskiej? To chyba jakiś żart. Wybierając to miejsce kierowałam się raczej udogodnieniami w hotelu i dobrą ofertą cenową, niż urokami miejscowości. No, bo kto z Was liczy na urocze i rodzinne chwile w zatłoczonym górskim top ten wakacyjnych wyjazdów?

Najgorzej byłoby chyba w samym Zakopanym. Białka Tatrzańska, Poronin i Bukowina Tatrzańska są na drugim miejscu jeśli chodzi o gwar, tłok i brak odpowiedniej infrastruktury urlopowo-dziecięcej. Samo miasto to tak na prawdę wieś biegnąca wzdłuż przelotowej trasy Zakopane-Nowy Targ. Ruch samochodowy jak w dużym mieście, chodnik wąski i tylko z jednej strony. Żadnych barierek - podziwiam rodziców puszczających swoje dzieci solo na takiej trasie. Wędrując z Kaniówki (gdzie mieszkaliśmy) do centrum Białki mija się najpierw enklawę pensjonatów dwugwiazdkowych i typowy polski, wakacyjny relaks. To oczywiście domy typu "U Joanny" czy "Pokoje u Basi" (przy dobrych wiatrach "Pensjonat pod Ta…

Nie karmię piersią

Karmi się piersią. I już. I kropka. Niekarmienie piersią opatrzone jest współczującymi okrzykami, internetowym poklepywaniem po plecach i grupami wsparcia - bo wiadomo, że skoro piersią nie karmię, to musiało wydarzyć się coś absolutnie strasznego.

Nagłówki krzyczą, że w zasadzie nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, że to nic złego, albo, że też można poczuć się jak pełnoprawna matka. Deprecjonujące podejście do niekarmienia piersią widać choćby w tych artykułach, które mówią, że od dziś już nie trzeba się tego wstydzić. Ergo - trzeba było (najwyraźniej do wczoraj), wyrzuty sumienia też trzeba było mieć. Wespół oczywiście ze świadomością szkody dla dziecka. Niekarmienie piersią - oblanie społecznego egzaminu z macierzyństwa.

Ale zaraz, chwileczkę. Zanim terrorystki laktacyjne zaczną piłować klawiaturę wyjaśnijmy kilka stałych w równaniu tego całego niekarmienia. Przede wszystkim nie twierdzę, że karmienie piersią jest mniej wartościowe. Nie twierdzę też, że karmienie butelką jest lepsze…