Przejdź do głównej zawartości

Facebook, blog i Instagram. Rzecz o prywatności w Internecie

Minęły blisko dwa miesiące, odkąd pisałam tu po raz ostatni. Wiele zmieniło się od tego czasu, ale z perspektywy bloga to nieistotne. Ważne jest blogowanie per se i poczucie winy z tym związane. W zasadzie to będzie tekst nie tyle o blogowaniu, co o pisaniu w Internecie w ogóle. Czytajcie uważnie, bo może i Was to dotyczy.

Facebook

Ciągle natrafiam na teksty o nadużyciach na Facebooku. Wszechobecne "chore dzieci" wyłudzają kasę, profile zmieniają właścicieli a nas atakuje wszechobecny spam. W pracy prowadziłam kilka miesięcy temu serię lekcji o networking i social media. Większość z moich uczniów nie ma Facebooka bądź korzysta z niego sporadycznie. Nie wiedzieli więc na temat tego medium tyle co ja - w jaki sposób wyświetlają się reklamy, jaki mają klucz materiały reklamowe. Dlaczego widzimy posty niektórych znajomych, a innych w ogóle nie. Czy Wam też się wydaje, że na Fejsie istnieje tylko niewielka garstka Waszych znajomych, a reszta to nieaktywni stalkerzy. Nic bardziej mylnego. To tylko algorytm, który dla szarego użytkownika jest nie do przejścia. Naturalne door selection do naszego świata towarzyskich znajomości. Kogo śledzimy tego oglądamy. Resztę wycisza system. Nie musimy nawet klikać czy lajkować! Wystarczy kilka razy zajrzeć na profil byłego faceta albo zerknąć tylko na zdjęcia Kaśki z liceum, żeby potem dostawać codzienny update o ich poczynaniach - irytujące informacje o kolesiu, który nadal działa nam na nerwy i foty potwierdzające, że Kaśka w przeciwieństwie do nas nie przytyła. Irytujące.

Facebook mój roi się więc od specyficznych informacji, od których jest mi już niedobrze. Nie jestem w stanie codziennie faszerować się porcją newsów o chorych dzieciach, prośbami o wsparcie finansowe, informacjami o usypianych zwierzętach. Mam dość artykułów o parentingu, które tylko przekonują mnie, że jestem złą matką. Włączam Facebooka i automatycznie odwracam wzrok, bo nie mam, no nie mam, w tym miesiącu kasy na kolejne dofinansowanie dla siepomaga.pl; nie uratuję psa z zamykanego schroniska i szczerze mówiąc w dupie mam najnowsze foty znajomej siostry z jakiegoś turnieju wschodnich sztuk walki czy innej Majorki.

Niweluję więc swoją aktywność na FB do minimum. Skasowałam wszystkie zdjęcia rodzinne, nie wrzucam fotek dzieci, nie dołączam fot sytuacyjnych. Czasem, ku uciesze gawiedzi, dorzucę cytat "Z pamiętnika Poli", bo zaiste komentarze mojej córki nie mogą pozostać w ukryciu. Są mądre i zabawne. Nie obrazują naiwności mojego dziecka a jedynie jej bystrość. Wybieram je starannie. Robią to też inne, znajome mi matki, które cenię za ich skuteczny accidental parenting. Ale zdjęć nie wrzucam. A potem w pracy, słyszę od szefa czy koleżanki komentarze na ten temat. Znajoma siostry (inna. nie ta od sztuk walki) mimochodem wspomina na spotkaniu towarzyskim, że "wie jak wyglądają moje dzieci i śledzi ich na bieżąco" (jest z policji, więc w sumie liczę, że nie robi tego przez Fejsa).

Zastanawiam się więc po co mi ten cholerny Facebook. Jako komunikator Messanger? Przecież SMSy i połączenia mam "za darmo" - mogę używać do rozmów telefonu, za który i tak płacę. Do dowiadywania się nowych informacji? Na miłość boską - studiuję drugi kierunek, mózg mam przeładowany do granic możliwości i co tydzień opracowuję swoją porcję newsów do pracy - czy na serio Facebook jest dla mnie źródłem informacji? Do kontaktu ze znajomymi jest mi w takim razie potrzebny - nie, nie jest (j.w.). Nawet nie wiem kogo mam w tych znajomych. Urodziny spędzam w małym gronie, mam dwie przyjaciółki "na śmierć i życie", do których regularnie dzwonię i stały krąg znajomych, z którymi chodzę do kina albo na piwo. I tak najwięcej czasu spędzam z rodziną. What's the point?

Blog

Z prowadzeniem bloga też wiążą się pewne ograniczenia. Mój poprzedni blog to było PR-owskie fiasko. Wrzucałam tam foty mojej córki bez zastanowienia się nad konsekwencjami. Okej, zgoda, zdjęcia były wysmakowane, nieroznegliżowane i niekompromitujące mojej małej. Pokazywałam jak bawi się opisywanymi zabawkami. Moim zdaniem - urocze. Ale wiem też, co sama sądzę o "uroczych" zdaniem mojej mamy zdjęciach z mojego dzieciństwa. Na większości wyglądam jak zapaśnik sumo przybrany okazjonalnymi falbankami. Urocze dziecko przychodzi później - na początku jestem małym kaliszątkiem. I nie wiem, że kiedyś Polka nie urządzi mi karczemnej awantury z powodu pierwszego bloga.

Próbowałam go zlikwidować. Zamiast tego zlikwidowałam konto służące do logowania się na bloga. Nie mogę teraz tam wejść. Czegokolwiek zedytować, zmienić, usunąć. Nie mogę nawet skontaktować się z blogspotem czy googlem i jakoś wyjaśnić tej sprawy - google nie ma maila. Ma forum pomocy, które jest idiotyczne i nie potrafię go używać - ale mniesza z tym.

Na blogu tak na prawdę istotna jest kwestia opinii. I emocji. Kiedyś, u progu XXI wieku blogi upstrzone właśnie tymi dwoma kryteriami - opiniami i emocjami - górowały nad prasą, która tych parametrów nie miała. Blogi dawały czytelnikowi upragniony subiektywizm, porywczość. Wolna amerykanka - wszystko dozwolone - takie były pierwsze zasady blogowania. Zbuntowanym nastolatkom tworzyły bezpieczną przestrzeń bez cenzury. Internetowe pamiętniki z przekleństwami, których nie wolno używać w domu.

Obecnie sytuacja nieco się zmienia. Czytelnicy mają chyba przesyt naturalizmu. Mam wrażenie, że moi wybaczają mi dosadną "kurwę" tu i ówdzie, niemniej jednak to, co jest teraz w cenie to stonowany minimalizm - również w języku i składni. Blog, który aspiruje do bycia portalem, trochę jakby odarty z emocji i opinii - to jest nowa moda. Blog nie może być już miejscem słownej jatki między Asią a Basią, nie może być wyznaniem w afekcie, nie jest po to, by wyżywać się terapeutycznie na członkach rodziny. Bo oni prędzej czy później to znajdą. Ktoś im podlinkuje, wyśle. Może nie wspomną o tym od razu, ale kiedyś, przy kieliszku, wyznają, że ich wkurza takie ocenianie. Że szkalowanie w Internecie i te sprawy. Co prawda bez nazwisk, ale wszyscy wiedzą kim jest ciocia ze wsi a kim kuzynka lekarka. Jeśli więc nie jesteś gotów na powiedzenie czegoś ludziom prosto w oczy - blog nie jest przechowalnią tych emocji.

Blog przestaje być anonimowy. Nawet gdy używasz aliasu albo zakładasz osobnego maila do obsługi bloga google prędzej czy później połączy jedno z drugim i wyświetli gdzieś Twoje personalia. Niby mimochodem, niby przypadkiem na czacie googla czy w innej przestrzeni Internetu. Wyjdzie szydło z worka.

Często mam ochotę zamknąć bloga. Po raz kolejny. Nie chcę rozmów z dyrekcją o moich metodach wychowawczych, nie chcę być oceniana w pracy na temat mojej stylistyki, nie chcę śledzenia czy aby nie piszę o swojej firmie albo rodzinie. Chcę po prostu pisać bloga i zrobić coming out kiedy będę na to gotowa. Nie wiem, czy to nadal możliwe.

Instagram

Instagram wydaje mi się medium stosunkowo niegroźnym i nie budzącym wyrzutów sumienia. Wrzucam zdjęcia dzieci od tyłu, bez twarzy, zamazane lub przesłonięte jakimś gadżetem. Koncentruję się na krajobrazie, na pięknym ujęciu kawy przed południem, na swoich selfie i zabawnych zdjęciach bałaganu. Typowe konto lajfstajlowe. Ale potem widzę, że zdjęcie lajkują przypadkowe osoby i zastanawiam się - z kim się dzielę swoim  życiem.

Czy aby nie pokazałam gdzieś, przypadkiem, budynku przedszkola swojej córki? Może ma zbyt charakterystyczną kurtkę - wszyscy wiedzą już jak jest ubrana, jakie ma buty. Mogliby spokojnie zaczaić się na nią pod rzeczonym przedszkolem. Albo ja, ja sama - ludzie wiedzą gdzie pracuję, że o 18:30 wychodzę sama z roboty, z pustego wydziału, że przed pracą, w piątek, zawsze siedzę w tej samej knajpie i jem obiad. Można przyjść i obejrzeć sobie na żywo osobę z Instagrama. Można podejść pod moje okno i coś podejrzeć, wieczorem, kiedy zapomnę zaciągnąć rolety. Można mi poprzebijać opony w akcie wściekłości albo wybić szyby w aucie. Bo tak. Bo nigdy nie wiemy, jacy psychopaci mogą kryć się pod "male_trainer_2007", który na swoim profilu ma ze trzy foty z wakacji w Egipcie kilka lat temu. Ale obserwuje bardzo dużo innych osób.

Możesz zrobić profil prywatny, jasne, ale znów pytanie po co? Czy nie po to jest Facebook? Dokładnie po to? A jeśli chciałabym udostępniać zdjęcia rodzinne babciom i ciociom - mogę wysłać im mailem. Więc wysyłam. Mailem. Nie mając nawet gwarancji, czy aby nie przechodzi to do odwiecznego archiwum Internetu.

Mam więc wyrzuty sumienia. Że za dużo ujawniam. A potem się irytuję, że nie mogę sama decydować co ujawniam albo jak to robię. Konsekwencje prawne albo zawodowe są zbyt poważne by pozwolić sobie na przykład na szkalowanie szefa albo dyscypliny, w której pracuję. I ta cała prywatność - czy kiedy zacznę już praktykę zawodową jako psycholog - nie obróci się to przeciwko mnie? Przeciw tzw. "kompetencji zawodowej"? Przecież przychodząc do psychologa przychodzimy do osoby bez opinii, która nie ocenia, nie ma zdania, jest lustrem. Jak mam być taflą dla pacjenta, skoro przeczyta on kiedyś konkretnie co sądzę na dany temat? Czy nie będzie próbował "mówić pode mnie"? Chyba przestaję sobie radzić z ogromem wyrzutów sumienia i obostrzeń, które niesie ze sobą Internet i pisanie w Internecie.

Pozdrawiam,
O.

Komentarze

  1. Rozumiem Twoje rozterki. Ja też ostatnio myślę o usunięciu Facebooka, przynajmniej z telefonu. Uzależnia ciągłym feedem informacji, pożera czas,prowokuje do zabierania głosu w dyskusjach na drażliwe tematy (polityka, szczepienia, etc.) - a i tak to nic nie zmienia na świecie.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarz.

Popularne posty z tego bloga

Z punktu widzenia mamy: Białka Tatrzańska - miejsce na urlop z dzieckiem?

Rodzinny wypoczynek w Białce Tatrzańskiej? To chyba jakiś żart. Wybierając to miejsce kierowałam się raczej udogodnieniami w hotelu i dobrą ofertą cenową, niż urokami miejscowości. No, bo kto z Was liczy na urocze i rodzinne chwile w zatłoczonym górskim top ten wakacyjnych wyjazdów?

Najgorzej byłoby chyba w samym Zakopanym. Białka Tatrzańska, Poronin i Bukowina Tatrzańska są na drugim miejscu jeśli chodzi o gwar, tłok i brak odpowiedniej infrastruktury urlopowo-dziecięcej. Samo miasto to tak na prawdę wieś biegnąca wzdłuż przelotowej trasy Zakopane-Nowy Targ. Ruch samochodowy jak w dużym mieście, chodnik wąski i tylko z jednej strony. Żadnych barierek - podziwiam rodziców puszczających swoje dzieci solo na takiej trasie. Wędrując z Kaniówki (gdzie mieszkaliśmy) do centrum Białki mija się najpierw enklawę pensjonatów dwugwiazdkowych i typowy polski, wakacyjny relaks. To oczywiście domy typu "U Joanny" czy "Pokoje u Basi" (przy dobrych wiatrach "Pensjonat pod Ta…

Siostra i brat, czyli jak nam się poukładały ostatnie dwa miesiące

"Będą jak bliźnięta. Już za rok córka będzie przekonana, że miała brata od zawsze" - powiedziała na którejś wizycie ginekolożka (pewnie na widok mojej niepewnej miny i generalnego zdenerwowania ówczesnym stanem rzeczy).

Moja siostra jest ode mnie dużo starsza. Kiedy ona szła do liceum, ja, gówniara, próbowałam śpiewać z playbacku Majkę Jeżowską na akademiach w podstawówce. Nie przyjaźniłyśmy się. Chciałam na siłę szybko dorosnąć, żeby się ze mną zakolegowała. W zasadzie się udało, ale dopiero całkiem niedawno. Wiadomo - mąż, dzieci, praca. Teraz, kiedy mamy jakąś wspólnotę doświadczeń dogadujemy się nawet nieźle. Wcześniej zdecydowanie nie. Dlatego chciałam, by moje dzieci miały więcej ze sobą wspólnego. Mała różnica wieku, którą im z mężem zafundowaliśmy miała temu sprzyjać. I muszę Wam napisać - jest bardzo dobrze!

Dzieciaki dogadują się ze sobą świetnie, mimo, że Polka porozumiewa się równoważnikami zdań (z lekką skłonnością ku sienkiewiczowsko-afrykańskiego diale…

Nie karmię piersią

Karmi się piersią. I już. I kropka. Niekarmienie piersią opatrzone jest współczującymi okrzykami, internetowym poklepywaniem po plecach i grupami wsparcia - bo wiadomo, że skoro piersią nie karmię, to musiało wydarzyć się coś absolutnie strasznego.

Nagłówki krzyczą, że w zasadzie nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, że to nic złego, albo, że też można poczuć się jak pełnoprawna matka. Deprecjonujące podejście do niekarmienia piersią widać choćby w tych artykułach, które mówią, że od dziś już nie trzeba się tego wstydzić. Ergo - trzeba było (najwyraźniej do wczoraj), wyrzuty sumienia też trzeba było mieć. Wespół oczywiście ze świadomością szkody dla dziecka. Niekarmienie piersią - oblanie społecznego egzaminu z macierzyństwa.

Ale zaraz, chwileczkę. Zanim terrorystki laktacyjne zaczną piłować klawiaturę wyjaśnijmy kilka stałych w równaniu tego całego niekarmienia. Przede wszystkim nie twierdzę, że karmienie piersią jest mniej wartościowe. Nie twierdzę też, że karmienie butelką jest lepsze…