Przejdź do głównej zawartości

Przeziębienie matki nigdy się nie kończy

Wszyscy są przeziębieni. Wiem. Grypa szaleje, ale w moim świecie i tak "ja mam gorzej". A nawet nie tyle sama ja, co po prostu matka. Przeziębiona matka - dodam.

Pamiętacie tę reklamę "Alicjo, wezmę sobie wolne, poradzisz sobie?" - mówi mama do rozbrykanej czterolatki? Cóż, jak powszechnie wiadomo mama nie ma wolnego i nie może po prostu wyleżeć choroby w łóżku, dlatego mimo, że w krzyżu łupie a z nosa wylewa się ocean kataru - trzeba jakoś to przetrwać, a łatwo nie jest. Oj nie!

Drzemka
W pracy ledwo ciągnę. W jednej firmie włączają klimę na 20 stopni i nawiew ustawiają prosto na moje plecy (akurat dzisiaj sobie wymyśliłam dekoracyjną, cienką bluzeczkę - psia jego mać). Po trzech godzinach zmieniam lokalizację na biuro kierownika, gdzie kaloryfer wygrzewa ze 30 stopni. Zakatarzony nos, podrażnione spojówki, zmiana temperatur - wszystko to sprawia, że mogłabym robić za plakat reklamujący leki na przeziębienie. Twarz mam tak czerwoną, jakbym się przewróciła pyskiem na buraki, telepie mnie jak w febrze, nie mogę patrzeć nawet na kawę - wracam do domu - decyduję. Cudem unikam kolizji drogowych po czym wpadam do domu licząc na otępiającą błogość, zapadanie się w poduszki i kojący sen. Jasne.

Rozentuzjazmowane dzieciaki nie dają mi chwili spokoju. Oboje chcą być na moich kolanach. Próbuję więc przetrwać napór uścisków. Ich umorusane obiadem buzie z radością wcierają się w moją białą bluzkę. Ratuję więc męża z opresji i zajmuję się dziećmi, które: skaczą po moim obolałym ciele, każą się nosić, czytać sobie książeczki. Wyschnięte gardło chrypi jak stare zawiasy, ale najwyraźniej nikomu to nie przeszkadza w pięćdziesiątej obróbce "Wilka i siedmiu koźlątek". Kiedy w końcu przychodzi odsiecz zbliża się 17. Zamiast złapać resztki obiecanej drzemki "dla podratowania zdrowia" szybko namaczam bluzkę (w końcu dałam za nią resztki pieniędzy), robię porządek w kuchni i kiedy w końcu, W KOŃCU udaje mi się przyłożyć głowę do poduszki - tuż obok mojej głowy rozlega się gromkie "MAMA!!". To Adaś przyszedł się przywitać, bo najwyraźniej widok matki w łóżku to znak, że trzeba ją zbudzić na śniadanie. Chwilę później przybiega Pola, że chce leżeć ze mną i się przytulać (zamiast tego siada mi na głowie i grzebie w moich kosmetykach).

Mąż wynosi dzieci z sypialni i wsadza je do wanny - może tak szybko nie uciekną. Mam jakieś 20 minut na sen. Nie mija jednak 10 minut a już ktoś się na mnie gramoli (Damn, jednak uciekły!), ktoś inny go goni a oboje wyją, że są głodni. Mąż próbuje ich zakutać w szlafroki a ja zwlekam się z łóżka w stronę kuchni i dawaj podgrzewać pierogi, robić kaszkę, herbatę. Może sama też te pierogi zjem?

Kiedy dzieci w końcu zasypiają (po kolejnej serii miliona pięciuset stron o Roszpunce, Żabim Księciu czy Kocie w butach) spokojnie zawijam się w sweter i zabieram za przygotowanie zajęć na kolejny dzień. Drzemka, phi...

Katar
Katar matki jest ukryty. Nie wolno mi mieć kataru bo najwyraźniej smarkam jak trąba jerychońska i "budzę dzieci". Więc jeśli czyścić nos to przed 19:00 i nie wcześniej niż o 6:30 rano. Chyba, że chcę nosić do rana zmierzłe dziecię to proszę bardzo.

Uwielbiam wtedy usypiać dzieci. Żeby odpływającego w fazę REM chłopczyka nie budzić spektakularnymi dźwiękami puzona wciskam sobie w nos chusteczki chigieniczne i wyglądam jak ofiara bójki ulicznej. Dziwne że mimo to zasypia bez strachu! Żeby mieć spokojną noc faszeruję się więc pseudoefedryną. Śluzówki mam przesuszone od ogrzewania, klimatyzacji, przewlekłego kataru i smogu, więc wszelkie leki hamujące katar tylko dokładają swoje. Pomimo bólu głowy i generalnego otępienia co rano odnotowuję też krwawienie z nosa. Ale co tam, to przecież tylko katar jest.

Gorączka
Generalnie wiadomo jak sobie z nią poradzić. Problem robi się, gdy jest się uczulonym na paracetamol i ibuprofen. Kładę więc na głowie zimny kompres i staram się leżeć pod kołdrą pijąc na potęgę napar z lipy. Zamiast zbić temperaturę w godzinę męczę się całą noc. W połowie przychodzi oczywiście dziecię na zmianę łoża. Mam od wyboru - albo spać z nimi na skrawku materaca albo przenieść swoje szacowne ciało z solidną baby weight na malutkie łóżeczko toddler friendly. Zostaję, ale zimny kompres motywuje dziecię do zasikania nam małżeńskiego łoża, więc dosypiam do rana na materacu bez pokrowca i przykryta jedynie cienkim kocykiem. A rano nadal z lekkim 38 biorę się za solidne pranie.

Leczone przeziębienie trwa 7 dni a nieleczone tydzień
A przeziębienie matki nigdy się nie kończy. Bo nie ma jak go wyleżeć. Trochę blednie i cichnie, czasem nawet uda się złapać tydzień bez kataru albo gorączki, ale to tylko etapy przejściowe - chwilowe poprawy przed spektakularnymi spadkami. Także ten, no - niech już się w końcu skończy ta zima, bo OSZALEJĘ!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Z punktu widzenia mamy: Białka Tatrzańska - miejsce na urlop z dzieckiem?

Rodzinny wypoczynek w Białce Tatrzańskiej? To chyba jakiś żart. Wybierając to miejsce kierowałam się raczej udogodnieniami w hotelu i dobrą ofertą cenową, niż urokami miejscowości. No, bo kto z Was liczy na urocze i rodzinne chwile w zatłoczonym górskim top ten wakacyjnych wyjazdów?

Najgorzej byłoby chyba w samym Zakopanym. Białka Tatrzańska, Poronin i Bukowina Tatrzańska są na drugim miejscu jeśli chodzi o gwar, tłok i brak odpowiedniej infrastruktury urlopowo-dziecięcej. Samo miasto to tak na prawdę wieś biegnąca wzdłuż przelotowej trasy Zakopane-Nowy Targ. Ruch samochodowy jak w dużym mieście, chodnik wąski i tylko z jednej strony. Żadnych barierek - podziwiam rodziców puszczających swoje dzieci solo na takiej trasie. Wędrując z Kaniówki (gdzie mieszkaliśmy) do centrum Białki mija się najpierw enklawę pensjonatów dwugwiazdkowych i typowy polski, wakacyjny relaks. To oczywiście domy typu "U Joanny" czy "Pokoje u Basi" (przy dobrych wiatrach "Pensjonat pod Ta…

Siostra i brat, czyli jak nam się poukładały ostatnie dwa miesiące

"Będą jak bliźnięta. Już za rok córka będzie przekonana, że miała brata od zawsze" - powiedziała na którejś wizycie ginekolożka (pewnie na widok mojej niepewnej miny i generalnego zdenerwowania ówczesnym stanem rzeczy).

Moja siostra jest ode mnie dużo starsza. Kiedy ona szła do liceum, ja, gówniara, próbowałam śpiewać z playbacku Majkę Jeżowską na akademiach w podstawówce. Nie przyjaźniłyśmy się. Chciałam na siłę szybko dorosnąć, żeby się ze mną zakolegowała. W zasadzie się udało, ale dopiero całkiem niedawno. Wiadomo - mąż, dzieci, praca. Teraz, kiedy mamy jakąś wspólnotę doświadczeń dogadujemy się nawet nieźle. Wcześniej zdecydowanie nie. Dlatego chciałam, by moje dzieci miały więcej ze sobą wspólnego. Mała różnica wieku, którą im z mężem zafundowaliśmy miała temu sprzyjać. I muszę Wam napisać - jest bardzo dobrze!

Dzieciaki dogadują się ze sobą świetnie, mimo, że Polka porozumiewa się równoważnikami zdań (z lekką skłonnością ku sienkiewiczowsko-afrykańskiego diale…

Nie karmię piersią

Karmi się piersią. I już. I kropka. Niekarmienie piersią opatrzone jest współczującymi okrzykami, internetowym poklepywaniem po plecach i grupami wsparcia - bo wiadomo, że skoro piersią nie karmię, to musiało wydarzyć się coś absolutnie strasznego.

Nagłówki krzyczą, że w zasadzie nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, że to nic złego, albo, że też można poczuć się jak pełnoprawna matka. Deprecjonujące podejście do niekarmienia piersią widać choćby w tych artykułach, które mówią, że od dziś już nie trzeba się tego wstydzić. Ergo - trzeba było (najwyraźniej do wczoraj), wyrzuty sumienia też trzeba było mieć. Wespół oczywiście ze świadomością szkody dla dziecka. Niekarmienie piersią - oblanie społecznego egzaminu z macierzyństwa.

Ale zaraz, chwileczkę. Zanim terrorystki laktacyjne zaczną piłować klawiaturę wyjaśnijmy kilka stałych w równaniu tego całego niekarmienia. Przede wszystkim nie twierdzę, że karmienie piersią jest mniej wartościowe. Nie twierdzę też, że karmienie butelką jest lepsze…