Przejdź do głównej zawartości

That's how I roll

Co miasto to obyczaj. A kiedy doświadczasz tych specyficznych kultur jako matka - ba, jako matka dwójki dzieci, które generalnie taszczy się ze sobą wszędzie - zauważasz rzeczy, które zazwyczaj pozostają obojętne dla oka. Dzieciaki - magiczne szkiełko, które rewaloryzuje przestrzeń.


Pszczynę znam słabo - co ostatnio zostało mi wytknięte: "To dopiero rok tu Pani mieszka? Spokojnie, nauczy się Pani ulic". Niemniej jednak w ulicach odnajduję się świetnie, wiem gdzie są wszystkie urzędy, park mam opanowany w całości (nauczyłam się nawet co to jest Eiskeller, gdzie w parku jest herbaciarnia i kiedy spieprzać z głównej alei bo idzie pogrzeb). No i co z tego? Dalej moje życie w Pszczynie ogranicza się do jednej, bardzo zapracowanej koleżanki, nowo zapoznanej matki dwóch dziewczynek (trzecia w drodze) i blisko 500 matek na wspólnej grupie facebookowej? Topografię Pszczyny poznaję więc spacerowo przemieszczając się między Lidlem, targiem i wspomnianym parkiem. Czasem zahaczam o rynek, księgarnię czy jakiś sklep z ciuchami, bywam u kosmetyczki (w absurdalnych porach dostępnych w kalendarzu macierzyńskiej dubeltówki - czyli siedzę tam sama!). Z braku kontaktu międzyludzkiego odbieram więc Pszczynę specyficznie. Specyficznie też reaguję, kiedy znajomi mówią, jakie mamy szczęście, że tu mieszkamy, bo tak pięknie zielono i ten sakralizowany, pocztówkowy park. Znajomi - dodajmy - którzy w Pszczynie bywają raz w roku, na gęsinie. I czasem u nas.






Koloryt lokalny jest jednak i go widać, nawet, jeśli obserwuję go z daleka. Miasteczko tętni swoim własnym życiem. W godzinach przedpołudniowych rządzą tu kobiety. Przewożą, wożą, gadają przez komórki, załatwiają w biegu. Prawdopodobnie zawiozły właśnie dzieciaki do szkół i pędzą do pracy, po pracy, a zanim jeszcze odbiorą dzieci robią zakupy, chodzą z maluchami na spacery. Pełno jest kobiet. Faceci zdarzają się z rzadka, przemykają jakby chyłkiem, odbywają spotkania, choć najczęściej kiszą się na S1 i w Kauflandzie. Popołudniami (nie licząc dziś, bo dziś to wszędzie i od rana) wylega młodzież. Latem widać to wybitnie. Obsiadają parki, pomniki, gadają. Chodzą grupkami, parami, mają swoje sprawy. Widać też trochę rodzin no i niezmiennie dzieciaki. Peeeełno dzieci! Wszędzie, o każdej porze niezmiennie dużo emerytów każdej płci.





Dzieci jest łatwo mieć w Pszczynie. A przynajmniej widzę duże zagęszczenie podwójnych wózków na drogach. Kiedy byłam jeszcze w drugiej ciąży, ledwo sprowadzona do Pszczyny, otuchy dodawała mi matka kursująca z podwójnym bolidem pełnym bliźniąt po Kościuszki. Obserwowałam ją z okna, czasem z bliska i nie widziałam w jej oczach nic z opętańczego umęczenia, które ostatnio króluje na "blogach wielodzietnych" (przynajmniej tych, które czytam). Pomagało. Podobnie matka z podwójną, beżową spacerówką i każda matka teraz z podwójnym wózkiem. Z radością czytam posty mam, które mają taki tandem i widzę tu rynek "rok po roku", który rozwija się jak nigdzie. Może to taki klimat parku - fajnie się spacerowało z jednym, to i drugie się miło powozi w wózku - że matki tak często decydują się na szybką kolejną ciążę? Może to małomiasteczkowy charakter Pszczyny i wszechobecna familiarność, które ułatwiają podjęcie tej decyzji? A może po prostu widać to lepiej, bo miasto mniejsze a infrastruktura wózkowa zaiste niezła?

Fakt jednak, że w Katowicach podwójnych wózków dwa na tysiąc. I jakoś tak oschle, nierodzinnie. Ludzie na siebie patrzą chyłkiem i w zasadzie to mają się nawzajem głęboko w dupie. Przynajmniej ja tak to odbieram. Miejskość, chłodna, urbanistyczna przestrzeń determinuje zachowanie. Nawet, jeśli myślałam o Katowicach inaczej to mieszkanie w Pszczynie zmieniło moje postrzeganie. Wiadomo - inne jest śródmieście, inna Silesia i Tysiąclecie, inne jeszcze są Nikiszowiec czy Ligota - Katowice to kombos mniejszych społeczności, ale jednak to jedno wielkie miasto, gdzie raczej nie chwalimy się fizycznością, kobiecością, atrybutami macierzyństwa. Dzieci wchodzą w przestrzeń publiczną, w restauracjach są kąciki zabaw dla dzieci, maluchy nic mają nie zmieniać w życiu mieszkańców, nie determinują tempa wszech-designerskiej miejskości, która ostatnio zdominowała (mam wrażenie) Katowice. A w Pszczynie tak nie ma, bo dzieci jedzą z rodzicami przy stolikach i nawet jeśli są stoliki do zabawy to i tak dzieciak w restauracji równa się wigor, humor i generalny rozpiździel. A matka jakoś tak z mniejszą krępacją wychodzi w dresie (mimo, że spaceruje po zamkowych błoniach - swoją drogą: dres na błoniach? W Krakowie by nie przeszło ;).

Dlatego kiedy cisnę z wózkiem pełnym dzieciaków przez Pszczynę spotykam spojrzenia pełne zrozumienia, matki w tak samo niedopranych koszulkach (zawsze plama z marchewki frontem), zawsze mogę liczyć na "pożyczenie" chleba do nakarmienia przeżartych kaczek (jest maj! te zwierzęta eksplodują do jesieni!). Nikogo nie dziwi macierzyństwo - i w wydaniu lux (czyli ogarniam wszystko, jestem pewna siebie, mam dobry dzień i super włosy) i w wydaniu z wyprzedaży (czyli dzieciaki drą się bez powodu, a ja mam w dupie umowę społeczną i wyglądam jak wieśniak).

W Katowicach zupełnie inaczej. Dzieci mi zasnęły w aucie - przełożyłam do wózka i w drogę. Zaliczyłam Tesco w Silesii, udało mi się załatwić reklamację w Smyku, zrobiłam zakupy w Lindex. Z obudzonym niemowlęciem poszłam zjeść w Subwayu, przejrzałam nowości w Empiku i z obudzoną dwulatką zaliczyliśmy wszyscy Happy Meal w McDonalds. Z gracją przeszłam całą Silesię, kupiłam jeszcze pieluchy i wróciliśmy do auta. Wszystko bez płaczu i perfekcyjnym opanowaniem. Mówię Wam - dawno nie dostałam tylu spojrzeń pełnych uznania. Czułam się jak maratończyk, którego oszalałe tłumy poklepują po plecach na mecie. Matki patrzyły z niedowierzaniem, a niektórzy - miałam wrażenie - zaraz podadzą mi wodę, albo chociaż dorzucą się do zakupów. Macierzyństwo, a zwłaszcza podwójne, to widać coś, z czym ludzie się nie obnoszą. Przebieżka po sklepach, posiadówka w Starbucks z jednym dzieckiem - jasne. Najlepiej jeszcze jakby wózek był markowy a matka blogerką (Here I am!). Ale dwójka? Spokojnych, grzecznych dzieci w miejscu tak publicznym? To musi być supermatka. Nagle mój codzienny, Pszczyński strój bojowy stał się atrybutem macierzyńskiej wiedzy tajemnej i mądrości życiowej. Najadłam się tym.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy dziś, w Dzień Dziecka właśnie, w Pszczynie (a dokładniej na jednej alejce parkowej) urządzono sobie, na moim przykładzie, dzień dobrej rady.

Sytuacja pierwsza: dwulatka biegnie, przewraca się. Wstaje, otrzepuje żwir z kolan i już chce biec dalej, gdy nagle orientuje się, że wypadł jej też lizak. Na żwir. Wiadomo - syrena. Rzucam się więc ratować lizaka, niemowlę patrzy na wszystko urzeczone. Dwulatka ryczy. Nagle nad moimi dziećmi pochyla się obca kobieta i zaczyna do nich mówić. Ba, zaczyna moją dwulatkę dopytywać o przyczyny rozpaczy, choć chyba widziała spektakularnego zająca minutę wcześniej. I kontekst. Zdziwiona pytam "Mogę w czymś Pani pomóc?". Myślę sobie - wystarczy. Co słyszę? "To może Pani trzeba pomóc?" - po czym delikwentka mnie ignoruje i dalej próbuje zabawiać MOJE dzieci. Niemowlę zaczyna ryczeć.

Sytuacja druga: Dwulatka biegnie przodem, ja idę z wózkiem. Słyszę rower więc wydaję dyspozycje. Dwulatka słyszy, reaguje i staje grzecznie z boku ścieżki czekając, aż rower przejedzie. Rowerzystka jednak nie przejeżdża. Ostentacyjnie SCHODZI Z ROWERU, z miną pełną wyższości (i pobłażania - czy to w ogóle możilwe?) przechodzi obok stojącej na trawniczku dwulatki i patrzy na mnie litościwie. Zaczyna jednak rozmowę z nadchodząca z przeciwnej strony babcią z wózkiem. Konkluzja dociera do mnie (mówi babcia): "Powinna Pani (czyli ja - przypis mój) bardziej uważać. Rozumiem, że przy dwójce jest Pani ciężko, ale powinna się Pani LEPIEJ OPIEKOWAĆ SWOIMI DZIEĆMI". Ach... tyle ciętych ripost, że po prostu pomyślałam sobie "Pierdolę to" i z gracją (przynajmniej mam taką nadzieję) odmaszerowałam z alejki.

Jestem prawie pewna, że rzeczona babcia wzięła wnuczę na spacer tylko z okazji dnia dziecka a z ogólną opieką dziecięcą ma niewiele wspólnego, ale jeden kit. Nagle zapragnęłam tej Silesii i spektakularnego wlotu na metę maratonu.

Pozdrawiam Was,
Olga

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Siostra i brat, czyli jak nam się poukładały ostatnie dwa miesiące

"Będą jak bliźnięta. Już za rok córka będzie przekonana, że miała brata od zawsze" - powiedziała na którejś wizycie ginekolożka (pewnie na widok mojej niepewnej miny i generalnego zdenerwowania ówczesnym stanem rzeczy).

Moja siostra jest ode mnie dużo starsza. Kiedy ona szła do liceum, ja, gówniara, próbowałam śpiewać z playbacku Majkę Jeżowską na akademiach w podstawówce. Nie przyjaźniłyśmy się. Chciałam na siłę szybko dorosnąć, żeby się ze mną zakolegowała. W zasadzie się udało, ale dopiero całkiem niedawno. Wiadomo - mąż, dzieci, praca. Teraz, kiedy mamy jakąś wspólnotę doświadczeń dogadujemy się nawet nieźle. Wcześniej zdecydowanie nie. Dlatego chciałam, by moje dzieci miały więcej ze sobą wspólnego. Mała różnica wieku, którą im z mężem zafundowaliśmy miała temu sprzyjać. I muszę Wam napisać - jest bardzo dobrze!

Dzieciaki dogadują się ze sobą świetnie, mimo, że Polka porozumiewa się równoważnikami zdań (z lekką skłonnością ku sienkiewiczowsko-afrykańskiego diale…

Z punktu widzenia mamy: Białka Tatrzańska - miejsce na urlop z dzieckiem?

Rodzinny wypoczynek w Białce Tatrzańskiej? To chyba jakiś żart. Wybierając to miejsce kierowałam się raczej udogodnieniami w hotelu i dobrą ofertą cenową, niż urokami miejscowości. No, bo kto z Was liczy na urocze i rodzinne chwile w zatłoczonym górskim top ten wakacyjnych wyjazdów?

Najgorzej byłoby chyba w samym Zakopanym. Białka Tatrzańska, Poronin i Bukowina Tatrzańska są na drugim miejscu jeśli chodzi o gwar, tłok i brak odpowiedniej infrastruktury urlopowo-dziecięcej. Samo miasto to tak na prawdę wieś biegnąca wzdłuż przelotowej trasy Zakopane-Nowy Targ. Ruch samochodowy jak w dużym mieście, chodnik wąski i tylko z jednej strony. Żadnych barierek - podziwiam rodziców puszczających swoje dzieci solo na takiej trasie. Wędrując z Kaniówki (gdzie mieszkaliśmy) do centrum Białki mija się najpierw enklawę pensjonatów dwugwiazdkowych i typowy polski, wakacyjny relaks. To oczywiście domy typu "U Joanny" czy "Pokoje u Basi" (przy dobrych wiatrach "Pensjonat pod Ta…

Nie karmię piersią

Karmi się piersią. I już. I kropka. Niekarmienie piersią opatrzone jest współczującymi okrzykami, internetowym poklepywaniem po plecach i grupami wsparcia - bo wiadomo, że skoro piersią nie karmię, to musiało wydarzyć się coś absolutnie strasznego.

Nagłówki krzyczą, że w zasadzie nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, że to nic złego, albo, że też można poczuć się jak pełnoprawna matka. Deprecjonujące podejście do niekarmienia piersią widać choćby w tych artykułach, które mówią, że od dziś już nie trzeba się tego wstydzić. Ergo - trzeba było (najwyraźniej do wczoraj), wyrzuty sumienia też trzeba było mieć. Wespół oczywiście ze świadomością szkody dla dziecka. Niekarmienie piersią - oblanie społecznego egzaminu z macierzyństwa.

Ale zaraz, chwileczkę. Zanim terrorystki laktacyjne zaczną piłować klawiaturę wyjaśnijmy kilka stałych w równaniu tego całego niekarmienia. Przede wszystkim nie twierdzę, że karmienie piersią jest mniej wartościowe. Nie twierdzę też, że karmienie butelką jest lepsze…