Przejdź do głównej zawartości

Żłobkowe zebranie - the worst of

Sezon na zebrania w placówkach wychowawczych uważam za otwarty. Przeczytałam przed chwilą post u Ruby Soho o rewolucji żywieniowej w przedszkolu i generalnym "wyjebie" społecznym na zdrowe odżywianie. Wiadomo, niestety, nie od dziś i pewnie pisałabym ten "komentarz" (bo jednak powinnam pod postem, napiszę i tam) z większym zdziwieniem i oburzeniem, gdyby nie inauguracja sezonu żłobkowego w naszej rodzinie.

Samo pójście do żłobka wszyscy bardzo przeżywaliśmy. Ja i Pola najbardziej, każda inaczej - czemu dałam wyraz w poście o adaptacji półtoraroczniaka do standardów żłobkowych. Byłam naiwnie przekonana, że na pierwszym w moim życiu zebraniu dowiem się czegoś o swoim dziecku, będzie chwila, żeby spokojnie porozmawiać z dyrekcją albo opiekunkami, a tu przysłowiowa lipa, i to jesienna ze smętnie opadającymi liśćmi.

Sadzanie rodziców na krzesełkach przedszkolnych (znów tekst Ruby Soho) uważam za arcyzabawne, ale sadzanie ciężarnej w zaawansowanym stadium rozdwajania na krzesełku żłobkowym to już lekki nietakt (choć do lekkich to nic w tej sytuacji nie należało). I tyle zabawnych momentów (choć czytając całą poniższą scenę w krzywym zwierciadle być może znajdziecie ich więcej).

Witamy, witamy, słowem wstępu - kwestia ubezpieczenia. To ja (pani głównodowodząca, kierowniczka tudzież wódz opiekunek - zwał, jak zwał) oddam może głos pani Kasi. Kim jest pani Kasia pewności nie mam, podejrzewam status dyrektorki, niemniej jednak nigdy nie została nam z funkcji przedstawiona. Słyszałam raz, przez telefon, że będzie, przez chwile, w filii w Pszczynie "organizacyjnie" i tyle. Pani Kasia, wystrojona jak na korporacyjną wigilię, w sukience do pół uda i wysokich szpilach rąbkiem spódnicy sięgała mi do nosa (Co w moje sytuacji, i sytuacji matek, które przytargały na zebranie partnerów - było dość niekomfortowe. Matek, dodam ubranych głównie na sportowo i domowo.). Pani Kasia poczęła nieskładnie mówić o ubezpieczeniu, drugi wariant, PZU, opiewa na kwotę 8 tysięcy, składka jakieś 40zł (+/-) i z jej doświadczenia się przydaje - co podkreśliła dwa razy. No, to rozumiem, że chodzi o jakieś OC - jak moja córka wyrwie np. hamak zawieszony u sufitu albo podpali złobkowy regał czy wybije okno. Ostatnio dzieciaki odkleiły zbiorowo folię z szyb - pewnie o to chodzi, kombinuję dalej. Niestety, źle myślałam. Pani Kasia tłumaczy dalej - "Jak dziecko się przewróci, upadnie, coś mu się stanie, w domu nadal boli i idą państwo do lekarza to już dostajecie 180zł. Opłaca się - prawda?". Uszom nie wierzę, pierwszy PR-owski strzał w stopę (nie licząc przykrótkiej sukienki).

Czy właśnie dyrektorka żłobka, do którego chodzi moje dziecko, przyznała przed wszystkimi rodzicami, że dopuszczają do takich zaniedbań, że nie uważają na dzieci i ich bezpieczeństwo i że sytuacje takie zdarzają się na tyle często, żeby ubezpieczenie "opłacało się"? - łączę fakty. Przerażona odkrywam, że rodzice tylko zgodnie kiwają głowami a pani pod drzwiami pyta, gdzie można wpłacać. 

Wpłaca się u pani Karinki, która przejmuje dowodzenie, pani Kasia zarzuca czarnymi włosami do pasa, okręca spódnicą i przechodzi do drugiego tematu - dofinansowanie do żłobka. Padają trudne i zawiłe relacje finansowe, które nam, rodzicom, niewiele mówią: gmina może dać, ale nie wiadomo czy da, do końca roku musimy utrzymać się z państwa wpłat, nie wiadomo jak będzie od stycznia, chodzę do gminy, do ratusza, załatwiam, może się zdarzyć, że podniesiemy czesne i najlepiej, jakby wpłaty były do 10 każdego miesiąca. Rozumiem problem dotacji, ale wybraliśmy z mężem placówkę prywatną, która jasno określała kwoty czesnego i zakładaliśmy, że prywatna firma nie jest uzależniona od subwencji z budżetu państwa. Rodzice cichną, bo możliwe, że każą nam płacić kilkaset złotych więcej - w końcu kwoty, którymi strzelała pani Kasia były czterocyfrowe, a my płacimy obecnie o wiele mniej. Na tym udział władz żlobkowych się kończy.

Pani Karina, najwyraźniej kierowniczka placówki mówi dalej, że dzieci będą podzielone na grupy, moja Pola w starszakach (nie wierzę!), że po dwie panie na grupę, u nas 12 dzieci, będzie doposażona druga sala i czekają na meble. Dalej przedstawia panie, które opowiadają o sobie "wykwalifikowana opiekunka", co w wolnym tłumaczeniu oznacza opiekunkę prywatną, która obok pedagogiki rozwojowej i wychowawczej albo przedszkolnej nawet nie stała. Absolutnie nie ujmuję nic pracy, którą panie wkładają w opiekę na moim (m.in.) dzieckiem, ale wolałabym, żeby kadra była bardziej profesjonalna, mniej intuicyjna.

Jedna z matek pyta, czy w żłobku uczą angielskiego. CZEGO?! - myślę sobie. Pani Karina wyjaśnia, że uczą i jak uczą: od czasu do czasu wtrącają angielskie zwroty, mieszają dzieciakom piosenki polskie z angielskimi. Rozumiem koncepcję: nie serwować maluchom "lekcji" języka obcego, bo są za małe, ale są też za małe na jakąkolwiek (moim zdaniem) naukę języka obcego. Od razu dodam, że ta moja opinia nijak się ma do dzieci dwujęzyczych, bo tu nauka języka obcego odbywa się konsekwentnie od dnia urodzenia i w zasadzie nie jest to w takich okolicznościach język obcy, a drugi właśnie. Co innego polskojęzyczne dzieci, które dopiero uczą się mówić w rodzimym języku. Wrzucanie im w jeden worek pojęciowy mowy angielskiej zaburza tak na prawdę rozwój mowy! ZABURZA, no tak! Bo dziecko nie wie, że "cześć" to po polsku, a "heloł" po angielsku. Chłonie wszystko - tak samo przyswaja słówko "misiu" i "kurwa" - dlatego dbamy o siatki językowe dzieci i nie przeklinamy w domach (za bardzo). A tak się składa, że słowa angielskie mają inną wymowę, inne znaczenia choć czasem brzmią homonimicznie. Pracowałam w szkole językowej latami i wiem jak pracuje się z grupą 0-3.

Nauka języka obcego dla tak małych dzieci powinna stanowić zabawę, być skumulowana w jednym momencie raz, dwa razy w tygodni przez maksymalnie 15 minut. W tym czasie dzieci mogą wysłuchać piosenki, coś do niej zatańczyć, wykonać układ oparty na ćwiczeniu sit down, hello, bye, goodbye itp. W takiej grupie wiekowej zajmie to właśnie kwadrans. Wtedy dziecko wie, że te inne słowa to inna mowa niż codzienna, wie, że to coś odmiennego. Język angielski nie wpływa wówczas na rozwój polskiej mowy - stanowi skondensowaną znaczeniowo i językowo zabawę - nic więcej. Jest to osłuchiwanie się z językiem, przyswajanie podstawowych zwrotów i w takiej formie mogłabym "naukę" angielskiego w żłobku zaakceptować.  W innej uważam to za szkodę i idiotyzm.

Nieśmiało wyrażam swoje zdanie. Argumentuję, że pracowałam w szkole językowej z takimi właśnie grupami wiekowymi, że mam za sobą pedagogikę przedszkolną, rozwojową i wychowawczą, że jestem nauczycielem języka polskiego - tracę wiarygodność. Rodziców nie interesują fachowe fakty i przerażające diagnozy, które próbuję eufemistycznie przekazać.

Pani Karina lekceważąco odpowiada nawet na mnie nie patrząc, że "Tak robili w poprzedniej placówce, nie widzą w tym nic złego i BĘDĄ tak dalej robić". Jedna z matek potwierdza, że jej zdaniem wczesna nauka języka jest potrzebna. Nie drążę tematu, bo widzę już, że zostałam oficjalnie matką-której-nic-nie-pasuje.

Pani Bożenka, prowadząca grupę Poli, mówi jeszcze, że 15zł składki na materiały plastyczne i że zauważyli, że matki mają problem z zostawianiem dzieci w żłobku, więc (UWAGA!), proszą, żeby nie było więcej takich sytuacji. Oniemiała czekam co dalej nastąpi i co ciekawe, zebranie się kończy. Choć najlepsze, proszę czytelników, dopiero przed nami (wami!). Idziemy z rodzicami starszaków obejrzeć drugą salę, gdzie pani Bożenka opowiada nam o ELEMENTARZU DWULATKA, czyli pierwszym podręczniku, który miałabym dla Poli kupić.

Nie wytrzymuję presji grupy i pytam, czy ma go ze sobą - nie ma, ale ma wydrukowaną okładkę. Pytam dalej: kto jest autorem - pani nie wie, sprawdza. Pytam więc, czy oglądała elementarze innych wydawnictw - nie, w sumie to nie, ale wie, że ten jest najlepszy. Zakładam, że pani Bożena musi mieć wszechwiedzę, skoro bez porównania szafuje rekomendacjami dla książeczki, której nie widziała na oczy. Milknę. Pani Bożenka argumentuje, że dla dzieci najfajniejsze jest, jak są naklejki i dodaje, że jeśli jacyś rodzice nie zgodzą się na ten podręcznik ona i tak będzie go robiła z resztą dzieci. To już brzmi jak groźba.

Polka dostała ostatnio pierwszą w życiu książeczkę z naklejkami. Jest podjarana na maksa, idzie jej świetnie, ale pozostawiona sama sobie z książeczką odrywa naklejki i przykleja gdzie popadnie. Nie kuma koncepcji ćwiczeń czy pracy na obrazkach. Nie wyobrażam sobie by moja (GENIALNA - wiadomo) córka ogarnęła przyklejanie naklejek na komendę czy obrazki "znajdź różnicę" bez wnikliwej pomocy opiekuna. A już tym bardziej nie widzę skupionych nad wyklejanką 1,5 rocznych dzieci w grupie! Moja opinia o jakimkolwiek elementarzu w tym wieku jest więc z góry ustalona (jestem na nie, gdyby ktoś miał wątpliwości), a już ten szczególny budzi we mnie ideologiczną odrazę. Jestem do cholery polonistką, więc nie rozumiem, jak można z taką beztroską podchodzić do wyboru pomocy dydaktycznych. Dodam - koszt ok 25zł.

Tym bardziej dziwi mnie konieczność zakupu Elementarza, jeśli jedna z pań opiekunek chwilę wcześniej zadeklarowała, że będzie dbała o artystyczny rozwój dzieci, uwrażliwianie ich, że będą dni przebierane, spacery, zajęcia plastyczno-techniczne, zajęcia rytmiczne i codzienna nauka samodzielnego jedzenia i czynności higienicznych (co odbywa się w ciągu 2 godzin w ciągu dnia, między 9:30 a 11:30 kiedy to kończy się okres "schodzenia się dzieciaków" a rozpoczyna obiad). 

Rozumiem - mam za duże kwalifikacje jak na takie zebranie. Polonistka (to pewnie przesadzam z edukacją i się belfersko czepiam), nauczyciel angielskiego (niechże się zdecyduję na jeden język), pedagog wczesnoszkolny z elementami pedagogiki przedszkolnej (do cholery, jak można mieć te wszystkie kompetencje?!). Czepiam się wszystkiego, nie pasuje mi podręcznik, angielski, opryskliwe zachowanie opiekunek, wyzywający strój i olewka dyrekcji. Chciałabym usłyszeć jakąś ocenę swojego dziecka w żłobku a nie tylko słuchać o finansach, sugeruję listę mailingową dla rodziców, więc jestem nadgorliwa i będę pewnie im wysyłać jakiś ekologiczny spam do podcierania ignoranckich nosów. Z takim przekonaniem wyszłam ze żłobka, a raczej wybiegłam z podkulonym ogonem pod mój ciążowy brzuch. W domu uderzyłam w płacz, bo jak to tak?

No jak, się pytam? Chcą moje dziecko bombardować bodźcami, źle uczyć, wybierają mu chłam zamiast dobrych lektur - chcą ją chyba zająć masą rozrywek, żeby nie mieć jej na głowie, tak? A do tego mnie, matkę (i to matkę słono za żłobek płacąca) traktują jak bankomat, który nie ma prawa wyrażać własnej opinii tylko cieszyć się, że ktoś może się moim dzieckiem zająć po domowemu, bez wychowawczego anturażu placówki opiekuńczej.

Wulgaryzmy na blogu skutecznie Was, czytelnicy powinny przekonać, że nie jestem ortodoksem polonistycznym. Robię literówki i nie jestem purystką stylistyczną. Trzymam się z dala od szkół, pracuję (jeśli na Uniwersytecie) to jako literaturoznawca, a więc zawodowo czynię wywody naukowe o fabule i interpretacji mając ortografię i interpunkcję na uwadze zawodowych korektorów - daleko mi od bycia nadgorliwym belfrem-polonistką. A nawet, gdybym pracowała w kiosku z warzywami, jako matka (płacąca dodam po raz kolejny) mam prawo do wyrażenia własnej opinii i szacunku ludzi, którzy de facto pracują za moje pieniądze.

Moja wiedza i doświadczenie zawodowe powinny być w tym wypadku atutem - nie są, są piętnowane. Reszta rodziców nie zwraca w ogóle uwagi na takie drobiazgi i czuje się chyba urażona, że ktoś zauważył je przed nimi, na forum. Wszyscy rodzice byliśmy niczym pierwszaki na lekcji wychowawczej - nikt nie chciał się nawet odezwać, nie próbowano nas też do tego zachęcać. Mój przykład pokazał reszcie, że może nie warto się odzywać, bo i tak cię skrytykują i co ty tam wiesz - jesteś tylko mamą, a ja wykwalifikowaną opiekunką.

Nie wiem, jak wam, ale mnie się wydaje, że tak nie powinno się dziać. A z drugiej strony żyję w post-peerelowskim strachu, że jak się zacznę czepiać, to będą mi dziecko gorzej traktować. Pończochy i kawa dla opiekunki nie pomogą.

Komentarze

  1. ...czytam Twoje wpisy odnośnie żłobka i nie wierzę... nawet nie wiem jak się do tego odnieść...Może i dobrze, że u mnie nie ma zebrań - tylko codzienne dłuższe lub krótsze rozmowy z "ciociami" przy zostawianiu lub odbieraniu dziecka....

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozumiem, że ten żłobek jest dofinansowywany z pracy męża, ale może warto pomyśleć o zmianie placówki ze względu na dobro dziecka. Nie wierzę, że w Pszczynie nie ma godnego uwagi miejsca dla malucha.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy bedzie tak samo dofinansowywany. Żłobek miejski nie wchodzi w grę bo nie ma tam miejsc i czeka sie ok. roku na przyjęcie dziecka. A pobliski Klubik Malucha ma bardzo słaba oferta. Inne żłobki są za daleko.

      Usuń
    2. Może jest to pomysł na biznes, jak już się odnajdziesz w nowej rzeczywistości z drugim maluszkiem. Masz wykształcenie, pomysły i zdrowe podejście do tematu.

      Usuń
    3. Jeśli znajdzie się odpowiednie dofinansowanie do takiej działalności, to czemu nie? W żłobku miejskim powiedziano mi w końcu, że czas oczekiwania na miejsce z listy rezerwowej to UWAGA: ROK! (Więc jeśli moja córka ma 1,5 roku to może nie ma sensu jej tam zapisywać? - cenię szczerość). Dodatkowo kryterium to kolejność zgłoszeń a nie sytuacja rodziców (pracują, nie pracują, ile dzieci w rodzinie itp.). A żłobek do którego zapisałam Polę, jak się okazano też jest dotowany z Urzędu Miejskiego, więc gmina, jak widać, wspiera takie inicjatywy. Pomysł na biznes świetny i bardzo, ale to bardzo chętnie bym taki otworzyła (nawet kiedyś próbowała, ale okazało się, że jestem w ciąży z Polą i nie dałabym rady "uciągnąć" takiej pracy), ale wiem też, niestety, ile to kosztuje, jeśli startujesz solo - potrzebny jest albo porządny inwestor albo duże dofinansowanie, więc wiesz - jak warunki będą sprzyjające to czemu nie?

      Usuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarz.

Popularne posty z tego bloga

Siostra i brat, czyli jak nam się poukładały ostatnie dwa miesiące

"Będą jak bliźnięta. Już za rok córka będzie przekonana, że miała brata od zawsze" - powiedziała na którejś wizycie ginekolożka (pewnie na widok mojej niepewnej miny i generalnego zdenerwowania ówczesnym stanem rzeczy).

Moja siostra jest ode mnie dużo starsza. Kiedy ona szła do liceum, ja, gówniara, próbowałam śpiewać z playbacku Majkę Jeżowską na akademiach w podstawówce. Nie przyjaźniłyśmy się. Chciałam na siłę szybko dorosnąć, żeby się ze mną zakolegowała. W zasadzie się udało, ale dopiero całkiem niedawno. Wiadomo - mąż, dzieci, praca. Teraz, kiedy mamy jakąś wspólnotę doświadczeń dogadujemy się nawet nieźle. Wcześniej zdecydowanie nie. Dlatego chciałam, by moje dzieci miały więcej ze sobą wspólnego. Mała różnica wieku, którą im z mężem zafundowaliśmy miała temu sprzyjać. I muszę Wam napisać - jest bardzo dobrze!

Dzieciaki dogadują się ze sobą świetnie, mimo, że Polka porozumiewa się równoważnikami zdań (z lekką skłonnością ku sienkiewiczowsko-afrykańskiego diale…

Z punktu widzenia mamy: Białka Tatrzańska - miejsce na urlop z dzieckiem?

Rodzinny wypoczynek w Białce Tatrzańskiej? To chyba jakiś żart. Wybierając to miejsce kierowałam się raczej udogodnieniami w hotelu i dobrą ofertą cenową, niż urokami miejscowości. No, bo kto z Was liczy na urocze i rodzinne chwile w zatłoczonym górskim top ten wakacyjnych wyjazdów?

Najgorzej byłoby chyba w samym Zakopanym. Białka Tatrzańska, Poronin i Bukowina Tatrzańska są na drugim miejscu jeśli chodzi o gwar, tłok i brak odpowiedniej infrastruktury urlopowo-dziecięcej. Samo miasto to tak na prawdę wieś biegnąca wzdłuż przelotowej trasy Zakopane-Nowy Targ. Ruch samochodowy jak w dużym mieście, chodnik wąski i tylko z jednej strony. Żadnych barierek - podziwiam rodziców puszczających swoje dzieci solo na takiej trasie. Wędrując z Kaniówki (gdzie mieszkaliśmy) do centrum Białki mija się najpierw enklawę pensjonatów dwugwiazdkowych i typowy polski, wakacyjny relaks. To oczywiście domy typu "U Joanny" czy "Pokoje u Basi" (przy dobrych wiatrach "Pensjonat pod Ta…

Nie karmię piersią

Karmi się piersią. I już. I kropka. Niekarmienie piersią opatrzone jest współczującymi okrzykami, internetowym poklepywaniem po plecach i grupami wsparcia - bo wiadomo, że skoro piersią nie karmię, to musiało wydarzyć się coś absolutnie strasznego.

Nagłówki krzyczą, że w zasadzie nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, że to nic złego, albo, że też można poczuć się jak pełnoprawna matka. Deprecjonujące podejście do niekarmienia piersią widać choćby w tych artykułach, które mówią, że od dziś już nie trzeba się tego wstydzić. Ergo - trzeba było (najwyraźniej do wczoraj), wyrzuty sumienia też trzeba było mieć. Wespół oczywiście ze świadomością szkody dla dziecka. Niekarmienie piersią - oblanie społecznego egzaminu z macierzyństwa.

Ale zaraz, chwileczkę. Zanim terrorystki laktacyjne zaczną piłować klawiaturę wyjaśnijmy kilka stałych w równaniu tego całego niekarmienia. Przede wszystkim nie twierdzę, że karmienie piersią jest mniej wartościowe. Nie twierdzę też, że karmienie butelką jest lepsze…