Przejdź do głównej zawartości

Macierzyństwo bez lukru

Mówią, że tylko takie istnieje. Że niemowlę rewolucjonizuje, zmienia, stawia na głowie cały świat. Matce zmienia się nie tylko anatomia (analogia do tekstu roku w plebiscycie na blog toku: tu), ale i piramida potrzeb: sikanie? Obędę się. Jedzenie - ukradkiem. Ruby Soho pisała wiele razy o tzw. strzępie (tu), a Zuzka napisała wprost: ZOMBIE (tu). Doskonale to rozumiem, też bywam zmęczona (a zmęczenie Ruby przy dwójce dzieciaków rok po roku rozumiem tym bardziej!), ale, drodzy czytelnicy - wkurwia mnie już ten trend na macierzyństwo bez lukru.

Wiem, doskonale wiem, że mama bywa zmęczona. Ale wiem też, że to pełen pakiet macierzyństwa i robienie z tego afery roku (a już tekstu roku to w ogóle...) uważam za deprecjonujące dla matek dnia codziennego, które nie wpadłyby na pomysł skarżenia się na matkostan. Robią bez słowa porządek i nie rozczulają się specjalnie nad zmianą priorytetów. 

Chcesz mieć dziecko? No to miej, z całym dobrodziejstwem inwentarza: bałagan, brud, nieprzespane noce, choroby, a z czasem i nadmiar energii, domowy rozpiździel i nerwy na postronkach - tak bywa. Ale z drugiej strony - to jest też tak, że tak nie bywa.

Mnie się, przykładowo, nie zdarza taki impas organizacyjny. Nie wiem, może mam 300% więcej energii niż inni ludzie, może lubię rodzinny absurd, ale jakoś wybrnęłam z macierzyńskiego trójkąta bermudzkiego. Moje dziecko jest szczęśliwe, dom mam czysty i do tego jeszcze wydaje mi się, że jestem zdrowa na umyśle (ale gwarancji sama sobie nie daję). Miewam kryzysy - kto nie miewa? Nawet ci bez dzieci miewają, to co, mnie nie wolno? Przykładowo, ostatnio podsumowałam trudy własnego macierzyństwa i stwierdziłam, że to cholernie niesprawiedliwe, żeby moje dziecko budziło się w środku nocy na kilkugodzinne harce, nadal piło mleko o 2 nad ranem, jadło ledwo co i jeśli już to przy bajce przez półtorej godziny karmienia. Trochę też za niesprawiedliwe uważam, że mała jest bardzo aktywnym, wymagającym uwagi dzieckiem i książki przy niej nie poczytasz. Jestem rozżalona na nawarstwienie się przeciwności wychowawczych, ale żebym sobie z tym nie radziła? No przecież codziennie ją karmię godzinami, codziennie dostaje pić w nocy, tulę ją do snu przez te dwie godziny pobudki w nocy, a w dzień zabawiam książeczkami, grami, klockami - wszystkim. Chodzę na spacery, do parku, na plac zabaw, karmić kaczki - robię to wszystko. A w całość komponuję jeszcze sprzątanie, pranie, prasowanie, zakupy, gotowanie i jestem na bieżąco w serialach. Właśnie skończyłam oglądać trzeci sezon Arrow i cierpię na impas telewizyjny bo tyle mam wolnego czasu.

Tak to jest, że czasem trzeba zrezygnować z kawy i ciastka na rzecz krojenia kurczaka i zmywania podłogi. Od prawie roku nie uświadczyłam pełnego relaksu, ale żeby z tego powodu chodzić z podkrążonymi oczami, przetłuszczonymi włosami i robić z siebie ofiarę macierzyństwa - bez przesady. Moja siostra ma dwójkę, 3,5 i 1,5, dwa psy, dwa pokoje z kuchnią - nie skarży się. Bez słowa wyprowadza stado na spacer, gotuje im obiad i opiera. Koleżanka właśnie powiła trzecie dziecko, adoptowała trzeciego psa i skończyła budowę domu. Na padniętą nie wygląda. Trzecia chodzi właśnie w drugiej ciąży z bliźniakami, jest wziętą lekarką i drwi sobie z babskich dylematów o organizacji czasu - po prostu napierdala na maksa, a jak jest zmęczona to idzie spać bez rozwodzenia się na tematy, co to wpływu na nie się nie ma. A czwarta z drugim, świeżym dzieckiem właśnie się do mnie wybiera w odwiedziny (bez wymówek, że lepiej za pięć lat, jak zostawi przychów z teściami).

Niespecjalnie widzę usprawiedliwienie w macierzyństwie dla babskiej rozlazłości. Powolność z natury - ok, pewnie była też wcześniej. Depresja - bywa, to choroba, trzeba się leczyć. Spadek formy - też ok, czasem jest konieczny, żeby się naładować na później. Ale ogólne biadolenie, że albo prasowanie albo zdrowie psychiczne - to uważam za marnowanie czasu.

Know how macierzyństwa: jest ciężko, ale ciężko też wygrać samochód w Dzień Dobry TVN albo 400 tysięcy w RMF FM. A mimo to nikt się na totolotka nie skarży, a na macierzyństwo non stop

Kobieto - masz przecież wolną wolę! Nie chcesz mieć domu na błysk - nie miej. Chcesz mieć czas na pracę - są żłobki, nianie. Chcesz mieć czas dla siebie - patrz wcześniej. To się da wszystko zorganizować tak, żeby nie bolało. "Jak to, ja nie dam rady?" - powtarzają sobie miliony matek, a potem obnoszą się ze swoim zmęczeniem i wyczerpaniem niczym z trofeum macierzyństwa. Bo jak nie jesteś wykończona, to albo robisz to źle, albo się nie nadajesz. A ja nie jestem tym macierzyństwem zmęczona. Jak padam na twarz to idę spać, nie zmywam podłogi, robię mężowi awanturę i on umyje tę łazienkę ostatecznie. A jak nie padam, to wykorzystuję czas na maksa. Chyba, że tak się nie dzieje - wtedy nie narzekam, że nie mam czasu na to czy tamto. A najwyraźniej mam, bo dom czysty, Polka zachwycona, właśnie śpi, obiad gotowy, pranie wyprasowane (w połowie), i znajdzie się jeszcze godzinka czy dwie na uczelnianą pisaninę pod koniec dnia.

Nie bierzcie tego do siebie dziewczyny. Nie piszę tu wcale, że matka nie ma prawa do zmęczenia - każdy ma. Nie piszę też, że kryzysy to ściema, bo sama ich uświadczam. Zaznaczam jedynie, że to właśnie jest status quo i sprzeciwiam się robieniu z tego afery roku, no bo umówmy się: na świecie są miliony matek i tylko niewielki procent epifanicznie zauważa, że kuźwa - jest ciężko. Coś musi być na rzeczy, skoro zdecydowana większość wzrusza tylko ramionami i dalej robi swoje.

Nie da się mieć wszystkiego - prawda stara jak świat. Szukać tego w literaturze fachowej, coachingach filozoficznych czy piktogramach w Egipcie. Słynny work-life balance to kolejna, moim zdaniem, nowobogacka fraza. Są panie całkiem zadowolone z połówek etatów, które na drugiej połówce zajmują się domem - ale kariery one nie zrobią. Są inne, które płaczą po nocach, bo owszem dyplomy za biznes roku są, ale dzieciaki jakby bliżej z nianią niż z mamą. A są też takie babki, które kurwują na bachorstwo, bo muszą od rana do nocy siedzieć w domu, a wolałyby w pracy.

Jak nie staniesz - dupa z tyłu. Nie ma opcji idealnej. Albo chciałoby się dzieciom nieba przychylić, albo trzeba mieć za co to zrobić. A innym razem zwyczajna wpadka czyli przerwa w długofalowych planach mamusi. 

Procent zoptymializowanych zawodowo i domowo kobiet to jakiś ułamek jedynki - nie więcej. W skali całości zdecydowanie wygrywają kupony zniżkowe na wszystko, używane ciuchy albo niespecjalnie skrywana frustracja. I tego też nie rozumiem. Jak można w ogóle przypuszczać, że np. zachodząc w ciążę na umowie zlecenie w wieku 20 lat bez skończonych studiów nagle zyska się czas na edukację, zabawę z dzieckiem, opiekę i pracę? I odwrotnie, nawet z ustabilizowaną pozycją zawodową zupełnie bez sensu jest zakładać, że będzie tak samo "po dziecku".

To zupełnie normalne, że praca i dziecko w życiu kobiety funkcjonują na tej samej orbicie. Jeszcze wiele lat upłynie nim Polska wskoczy na skandynawski poziom work-life balance, bo tam to się sprawdza, ale nazywa się też  social care. W krajach lepiej dostosowanych do macierzyństwa pomoc państwa opiera się na założeniu, że właśnie się nie da samej tego bagna osuszyć.

To, co różni kraje wysoko rozwinięte (w kwestiach macierzyństwa i zasiłków, dofinansowań i benefitów rodzinnych) to świadomość niekompatybilności tych dwóch sfer - a więc i potrzeba ułatwień i nowych rozwiązań dla matek. To też zupełnie inna świadomość społeczna, która pozwala na przejmowanie ról w rodzinie - do czego Polsce jeszcze całej ery kosmicznej brakuje. Gender-srender nie ma tu nic do rzeczy i żadna ideologia tego nie wdroży - to kwestia zmiany optyki społecznej i myślenia mężczyzn i kobiet o dziecku i rodzicielstwie (a nie macierzyństwie lub tacierzyństwie). Takie rzeczy dokonują się bardziej same niż z pomocą ekspertów. Analitycy mogą za kilka lat nadać temu jakąś etykietkę, ale sami niczego nie zmienią.

Widziałam dziś w DDTVN matki z pustymi wózkami pod sejmem pikietujące w sprawie zasiłków na macierzyńskim dla kobiet z własną działalnością gospodarczą (szumne 17,77). Było ich 60. A reszta? Reszta pewnie pracuje. Sprawa krzywdzącej ustawy (która swoją drogą godzi także w kobiety na L4 - więcej TU) przeszła jakby bokiem. Nagłośniono że będzie dodatkowy 1000zł, nawet dla pań na zleceniach, pominięto zmiany w naliczaniu składek dla osób prowadzących działalność gospodarczą. Dziwny jednak ten protest, bo ja o tej ustawie słyszałam już jak zachodziłam w pierwszą ciążę, ponad 2 lata temu. Ma się w ten sposób wykluczyć panią X., która zakłada sobie firmę sprzątającą "Xenia" i płaca przez 3 miesiące absurdalnie wysokie składki, by potem przejść na zwolnienie i zainkasować 6000zł wypłaty comiesięcznej na macierzyńskim. Dziwi mnie więc oburzenie wobec zmiany naliczania (skoro i tak w najgorszym wypadku jest ten gwarantowany tysiąc, a jak mama haruje i nieźle tę działalność kręci to pokrzywdzona nie będzie), skoro tyle benefitów przyszło wraz z ustawą (np. zasiłki dla ojców!).

Osobiście uważam, że to klasyczny polski ból dupy, że czegoś nam się odmawia, że nie da się dwóch pieczeni na jednym ogniu upiec. Może się mylę, wszystkich informacji nie mam; ale wiem też, że jak się znajdzie podstawa do narzekania, to lans na macierzyństwo bez lukru podchwyci to i szybko przekuje w ideologię ciemnego pozytywistycznego kieratu umęczonej Matki Polki.

Mnie przykładowo ZUS pozytywnie zaskoczył, bo nie musieli mi nic wypłacać po końcu umowy na zastępstwo, a mimo to robią to i to w 100%, za co jestem im ogromnie zobowiązana. Po porodzie będę dostawała zdecydowanie mniej (bo ten przysługuje mi w innej firmie, gdzie chwilowo jestem na urlopie wychowawczym), ale przysługuje. Mąż nie zarabia kokosów, mielibyśmy na co narzekać, ale tego nie robimy. Zamiast on szuka drugiego etatu, ja kupuję w wyprawce kocyk za 45zl, nie za 170zł i przyjmuję z wdzięcznością 40 jaj od chłopa, które ciotka wczoraj przywiozła ze wsi. Jest ciężko. Akcesoria dziecięce kosztują absurdalnie dużo, my zarabiamy mało. Ale z drugiej strony rzeczy w Pepco też spoko, mam koleżanki, które nawet nie wiedzą co to jest polar minky i jakoś mają szczęśliwe, ogarnięte dzieci, a ich domy nie wyglądają na ciemnogród estetyczny.

Chciałam w sumie napisać, że to wszystko normalne, że kraj może mamy jaki mamy - ale do cholery - nie od dziś! Od zawsze! Macierzyństwo to nie idylla, więc wielkie wybuchy oburzenia są co najmniej przesadzone, a jak masz brudno w domu  to po prostu posprzątaj.

Pozdrawiam,
O.

Komentarze

  1. A ja sądzę, że nie mamy tego kraju takiego złego. Jaki jest - każdy widzi i każdy ma prawo ocenić po swojemu. Też czasami mam dość takich tekstów o których mówisz, podobnie jak tych gloryfikujących bycie mamą. Nie lubię skrajności. Macierzyństwo, jak każdy inny stan, ma swoje blaski i cienie, ale na miłość boską zapytajcie się którejś mamy, czy zamieniłaby się z inną, bezdzietną dziewczynę. No ja z chęcią, ale na jedną godzinę, żeby wypić kawę i zjeść ciacho. No dobra, bez ciacha, bo kalorie. Tęsknie czasami za tą wolnością za czasów 'szczęśliwej kawalerki', kiedy z moim chłopakiem włóczyliśmy się po mieście pół nocy spacerując w deszczu, bo taką mieliśmy ochotę. I czasami też mam dość mojego dziecka, bo mnie doprowadza do białej gorączki. Ale to są chwile. A ogólna sytuacja wypada co najmniej przyzwoicie. Umiar, umiar i jeszcze raz umiar w ocenie własnej życiowej sytuacji:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak. Polska, a zwłaszcza polska polityka to coś, co... generalnie przestałam jakby zauważać. Kiedyś się przejmowałam, kto u władzy, jakie ustawy. Ale z czasem dotarło do mnie, że takie bicie piany tylko psuje moje nerwy, na niewiele rzeczy mam wpływ, większość się i tak dostosowuje, i jakoś żyjemy wszyscy bez większych zawirowań bez względu na to kto podpisuje papiery na warszawskim kapitolu :) No i też tęsknię za życiem we dwójkę, a nawet w jedynkę czasami - za podróżami w szczególności. Ale nowa jakość, którą teraz mam to po prostu moje życie i też zaminiłabym się tylko na względnych kilka chwil spokoju :) Choć czasem wystarczają te błogie wspomnienia - ile tego czasu było do marnowania!

      Usuń
  2. Coś tu było o mnie to się przyznam...narzekanie na swój ciężki los to była moja specjalność. Oczywiście wsparcie osób postronnych też pomagało pogłębiać stan beznadziejny: "Boże święty....aleś ty biedna, karmisz tą piersią już rok, butelki to dziecko nie chce, podziwiam cię". Do podziwiania to tu nic nie było tak sobie myślę z perspektywy czasu matka mądra ;p to i dziecko inteligentne,które wie, że cycuś to najlepsze dobrodziejstwo :) A teraz jak jest ciężko (a będzie jeszcze gorzej!) to sobie przypominam opowieści mojej babci o swojej matce, która została wdową jak najmłodsze dziecko miało 3 lata,a łącznie dzieciów było siedmioro! Jedli to co urobili w polu i nikt im za bardzo nie pomagał. To,że dom był utrzymany w absolutnym porządku jest chyba oczywiste ;) No i jeszcze wojna trwała,a ta moja nieszczęsna prababcia postanowiła w tej zapyziałej wiosce dodatkowo wspierać partyzantkę, organizować potajemne spotkania członków AK z Krakowa i miała w stodole magazyn broni,więc jakby taki sprytny Niemiec trochę powęszył,to rozstrzelanie murowane. I to jest moje Panie megamasakratoryczne macierzyństwo! Tak więc jak jest Ci źle, to pomyśl sobie,że inni mieli/mają dużo gorzej i Twoje narzekanie jest nie na miejscu. Ja tak robię i mi pomaga. Jesteśmy w stanie wytrzymać więcej niż nam się wydaje.
    Lek. (nowy blog-nowa nazwa użytkownika ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja myślałam w takich chwilach o pięciodzietnej rodzinie piętro wyżej - ty masz ekstremalne wzorce, jak widzę. No, ale tak jest, jak piszesz. Po kilku miesiącach pracy w ośrodku opiekuńczym dla kobiet i dzieci generalnie mój "ciężki los" matki sprzątającej i karmiącej niespecjalnie się wydaje ekstremalny. Multum przeciwności losu, a ja będę narzekać na zmęczenie? Pani doktor, to nie wypada ;)

      Usuń
  3. Są osoby, dla których los matki jest ekstremalnie ciężki :) Są to osoby, o których wspomniałaś - ciepłe kluchy, które same wokół siebie ledwo zdążają wszystko zrobić - mam takie osoby w swoim otoczeniu, to żeby coś zrobić potrzebują 2xwięcej czasu niż inne "normalne" osoby. I tak się zastanawiam, jak one będą miały dziecko to jak one sobie poradzą :) Ale napewno będą musiały - Bo jak moja córcia była malutka, to mi się wydawało że posiadanie dziecka to koniec świata - chaos na początku, bałagan wieczny, nieugotowane - frustracja za każdym razem po którym przyszło zastanowienie - wiele kobiet mniej ogarniętych ma dzieci i jakoś sobie radzą, więc wymyśl sposób, by ogarniac to wszzystko. I przychodziło olśnienie, pomysł, taktyka :)

    Ale chciałam jeszscze jedno dodać, w moim sąsiedztwie jest sporo osób, które mają 2 dzieci, czasem rok po roku, czasem różnica jest większa i wiecie co - każdy ma do pomocy dziadka, babcie - nie ma tak, że ta mama radzi sobie sama. Ja akurat mam taką sytuację, że musimy z mężem radzić sobie zupełnie sami, sami, samiuteńcy - moi Rodzice niestety nie żyją, odeszli za wcześnie, przed 60tka a męża są za daleko. I te mamy wymalowane, wystrojone, uśmiechnięte - - ale gdyby nie było tej pomocy to jakby to było ? czasem im zazdroszcze, bo ja popitalam z moją 10 miesięczną córka 3xrazy dziennie na plac zabaw sama, bo nie wysiedzi w domu, gotuje czasem z nią na rękach i jeszcze mąż wyjeżdza w delegacje Podziwiam naprawdę te kobiety, które dają sobie radę z dwójką, napewno można, ale wymaga to organizacji, taktyki , pomysłu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Albo mniejszego zaangażowania. Rodziny z ośrodka, w którym pracowałam, wspomniana wcześniej 5-cio dzieciowa rodzina piętro wyżej - oni nie słyszeli o rodzicielstwie bliskości, blw, chustowaniu, gadżetach typu Tula. Nie chodzą z dziećmi 3 razy na plac zabaw bo nie mają jak, oddają je do żłobków, ochronek itp. I też nie jest źle. Trochę to jakby... bardziej niezależne te dzieciaki. Zwłaszcza niemowlęta - one nie mają standardów, wchodzą w takie warunki, jakie dostają i do nich się dostosowują. Więc chyba jakoś sobie te mamy radzą - zupełnie inaczej niż ja czy Ty :/

      Usuń
  4. Bardzo się z Tobą zgadzam, jestem mamą 1,5 rocznej dziewczynki, mam dom (prawie) zawsze posprzątany, pranie zrobione, obiad ugotowany, paznokcie pomalowane, dziecko szczęśliwe, jestem na bieżąco z wszystkimi serialami które oglądałam przed ciążą, a nawet wszystkie sezony the office udało mi się ostatnio po raz 3 obejrzeć :P, w ostatnim miesiącu przeczytałam dwie książki, byłam w kinie, na wakacjach, na piwie, regularnie chodzimy na spacery, na place zabaw, czytamy miliony książeczek, układamy puzzle, tańczymy, śpiewamy i robimy wszystko na co tylko mamy ochotę, i zaznaczam, że mieszkamy sami, bez dziadków, cioć itd, jestem tylko ja i mój mąż (który pracuje codziennie do 18) i wcale nie mam wybitnie grzecznego dziecka, naprawdę da się :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie! I w większości się da. Kiedyś gadałam z moją mamą, zaczęłam coś narzekać, a ona spojrzała na mnie zdziwiona. Zupełnie nie przyszłoby jej do głowy siedzieć i biadolić (a tym bardziej pisać o tym), skoro tyle miała na głowie. Jak to mówi: dwójka dzieci, dwójka ze specjalizacji, a to wszystko na 30m2 z pianinem ;)

      Usuń
  5. Czasem trzeba sobie pozwolić na to by być nieperfekcyjną - chociaż przez jeden dzień.
    www.puffa.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można nawet częściej :) A nawet trzeba - to dla zdrowia dobre. Nie rozumiem tylko wchodzenia w rolę udręczonej kobiety i trwania tak skarżąc się na swój los - bo dziecko. No dziecko - a co, ktoś obiecywał, że będzie łatwo? Chyba bycie nieperfekcyjną to właśnie coś, na co się zgadzamy decydując się na macierzyństwo właśnie.

      Usuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarz.

Popularne posty z tego bloga

Z punktu widzenia mamy: Białka Tatrzańska - miejsce na urlop z dzieckiem?

Rodzinny wypoczynek w Białce Tatrzańskiej? To chyba jakiś żart. Wybierając to miejsce kierowałam się raczej udogodnieniami w hotelu i dobrą ofertą cenową, niż urokami miejscowości. No, bo kto z Was liczy na urocze i rodzinne chwile w zatłoczonym górskim top ten wakacyjnych wyjazdów?

Najgorzej byłoby chyba w samym Zakopanym. Białka Tatrzańska, Poronin i Bukowina Tatrzańska są na drugim miejscu jeśli chodzi o gwar, tłok i brak odpowiedniej infrastruktury urlopowo-dziecięcej. Samo miasto to tak na prawdę wieś biegnąca wzdłuż przelotowej trasy Zakopane-Nowy Targ. Ruch samochodowy jak w dużym mieście, chodnik wąski i tylko z jednej strony. Żadnych barierek - podziwiam rodziców puszczających swoje dzieci solo na takiej trasie. Wędrując z Kaniówki (gdzie mieszkaliśmy) do centrum Białki mija się najpierw enklawę pensjonatów dwugwiazdkowych i typowy polski, wakacyjny relaks. To oczywiście domy typu "U Joanny" czy "Pokoje u Basi" (przy dobrych wiatrach "Pensjonat pod Ta…

Siostra i brat, czyli jak nam się poukładały ostatnie dwa miesiące

"Będą jak bliźnięta. Już za rok córka będzie przekonana, że miała brata od zawsze" - powiedziała na którejś wizycie ginekolożka (pewnie na widok mojej niepewnej miny i generalnego zdenerwowania ówczesnym stanem rzeczy).

Moja siostra jest ode mnie dużo starsza. Kiedy ona szła do liceum, ja, gówniara, próbowałam śpiewać z playbacku Majkę Jeżowską na akademiach w podstawówce. Nie przyjaźniłyśmy się. Chciałam na siłę szybko dorosnąć, żeby się ze mną zakolegowała. W zasadzie się udało, ale dopiero całkiem niedawno. Wiadomo - mąż, dzieci, praca. Teraz, kiedy mamy jakąś wspólnotę doświadczeń dogadujemy się nawet nieźle. Wcześniej zdecydowanie nie. Dlatego chciałam, by moje dzieci miały więcej ze sobą wspólnego. Mała różnica wieku, którą im z mężem zafundowaliśmy miała temu sprzyjać. I muszę Wam napisać - jest bardzo dobrze!

Dzieciaki dogadują się ze sobą świetnie, mimo, że Polka porozumiewa się równoważnikami zdań (z lekką skłonnością ku sienkiewiczowsko-afrykańskiego diale…

Nie karmię piersią

Karmi się piersią. I już. I kropka. Niekarmienie piersią opatrzone jest współczującymi okrzykami, internetowym poklepywaniem po plecach i grupami wsparcia - bo wiadomo, że skoro piersią nie karmię, to musiało wydarzyć się coś absolutnie strasznego.

Nagłówki krzyczą, że w zasadzie nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, że to nic złego, albo, że też można poczuć się jak pełnoprawna matka. Deprecjonujące podejście do niekarmienia piersią widać choćby w tych artykułach, które mówią, że od dziś już nie trzeba się tego wstydzić. Ergo - trzeba było (najwyraźniej do wczoraj), wyrzuty sumienia też trzeba było mieć. Wespół oczywiście ze świadomością szkody dla dziecka. Niekarmienie piersią - oblanie społecznego egzaminu z macierzyństwa.

Ale zaraz, chwileczkę. Zanim terrorystki laktacyjne zaczną piłować klawiaturę wyjaśnijmy kilka stałych w równaniu tego całego niekarmienia. Przede wszystkim nie twierdzę, że karmienie piersią jest mniej wartościowe. Nie twierdzę też, że karmienie butelką jest lepsze…