Przejdź do głównej zawartości

Jarzyny, owoce i grzyby

Poszarpane liście, nierówne krzaki i niesforne gałązki. Wybrzuszone pomidory i nierówne ogórki - każdy innej długości. Cukinia, co to ma 50 centymetrów albo 30-to kilowa dynia, do której zjedzenia potrzeba sześciu sąsiadek. Taka bywa natura - i taka jest najlepsza.

Mikro pomidorki, które w tym roku wyhodowałam na swoim balkonie okazały się w smaku o niebo lepsze niż malinowe z Lidla albo równiutko ułożone śliwkowe z Tesco. Kupowane na targu Bawole Serca miały miąższ tak gęsty, że ciężko było przebić się nożem. Cukinia pokryta była malutkimi włoskami, takim ostrym meszkiem, który nieprzyjemnie wchodził pod paznokcie. Gdzieniegdzie zaplątany żółty kwiat mówił, że to nie koniec, że mimo ostatnich dni lata cukinia jeszcze sporo nam pokaże. Nad leżącymi na ziemii śliwkami kłębiły się osy - znaczy się słodkie będą. Truskawki były tego lata normalne - ubabrane ziemią, z listkami, z mocno osadzonymi szypułkami - aż czuło się trud i znój tych, co to je zbierali.

Jabłka ciągną wątłe gałęzie ogrodowej jabłonki mocno w dół. Z drzewka radośnie witającego pierwsze promienie wiosennego słońca zrobiła się teraz zgięta starowinka, która z utęsknieniem czeka, aż strząśnie z siebie wszystkie owoce, liście i w końcu rozprostuje styrane gałęzie w rześkich, zimowych chłodach. Przez lata nie grabiona trawa utworzyła specyficzną poduszeczkę mchu i miękkiego siana pod nogami. A w to wszystko zapadły się zapomniane śliwki i gruszki spod płotu. Serce ściska się na widok tego marnotrawstwa. Za rok się za to wezmę. Jabłka porozdaję znajomym, porobię jakieś dżemy, konfitury. Nic nie będę musiała kupować.

Im brzydsze te owoce i warzywa, im większy rozgardiasz w ogrodzie, tym bardziej mnie pociąga ta niczym nie skrępowana, rozpasana natura - uginające się od ciężaru owoców gałęzie, miękkie posłanie z trawy i dzikie róże - wszystko to pośrodku bloków. Zupełnie, jakby obok nie biegła ruchliwa aleja, jakby zaraz za płotem nie przewalała się codziennie setka dzieciaków biegnąca do przedszkola i szkoły. Co się stało z tymi książkowymi urwisami kradnącymi owoce z tego ogrodu? Przekradającymi się przez siatkę, która teraz w kilku miejscach ewidentnie zaprasza do wejścia ziejąc ogromnymi dziurami? Jakaś ta młodzież teraz obojętna na dary natury.

Lekką obawę rodzi pewnie historia mieszkańców naszego domu. Budynek niegdyś okupowany przez pracowników instytutu chemii nie wydaje się bezpiecznym miejscem na uprawę czegokolwiek. A jednak krążą legendy o tym, jak babcia hodowała w ogrodzie warzywa. Może czas uświęcić rodzinne tradycje, przejąć obowiązek koszenia areału i od czasu do czasu schylić umęczone dźwiganiem dzieciaków plecy po darmowe cukry proste z odrobiną związków odżywczych, mięsistych kęsów i dziecięcej radości? Perspektywa umycia jabłka doprowadziła dziś mojego syna do łez. "Jak to? Nie mogę zjeść już teraz, natychmiast?" - zdawały się mówić jego pełne protestów okrzyki wypełnione po brzegi roszczeniowymi samogłoskami. Córka podzielała pretensje syna - przecież to jabłko. A jabłka się je. Oboje ignorują całkowicie aspekty sanitarne i wyciągają ręce ku bogatym plonom jabłonki.

A w tym samym czasie na sklepowych półkach leżały sobie równiutko jak w armii, szeregi wypucowanych pomidorków bez smaku. Owoce jak z żurnala - po botoksach i liposukcji. Gruszki z idealnym wcięciem, jabłka jak z bajek Disney'a. Pośród tego rozpychało się olbrzymie mango, melony i avokado. Na stoisku z jarzynami królowały bataty i przecenione kurki. Jakże inaczej. Chwilę wcześniej na targu mijałam skrzynkę wypełnioną podgrzybkami - takimi lekko już nadgryzionymi ślimaczym zębem (sprawdzone, najlepsze). Każdy inny, wszystkie pachniały już z daleka. A jajecznica na kurkach z Lidla pachniała jedynie spalenizną. Tekturowy smak kurek musiałam jakoś zabić solą.

Jest taki jeden pasjonat na targu - czynne ma chyba do 18 i to codziennie. Wiedzie mu się, bo ostatnio do oferty dołączyły też miody. Jest też pani z jajami (za 80 groszy sztuka!) i małżeństwo sprzedające najlepsze warzywa, jakie jadłam. Bywa też pan, od którego mocno wieje wódą (ale zawsze daje mi zniżkę, więc biorę te pomidory i nie marudzę). Tymczasem w Lidlu na kasie kiedyś "omyłkowo" naliczono mi 322 reklamówki (+25zł do rachunku!) i "przypadkiem" policzono, że jedna (słownie: JEDNA) główka czosnku waży ponad 300g.

Rachunek był prosty: z jednej strony przereklamowany plastik z sieciówki i zawyżone ceny, z drugiej darmowe owoce i naturalne warzywa w korzystnych cenach. Wybrałam to drugie - bardziej nęcące: kapryśne jabłka czarujące czerwoną skórką i mocno orzeźwiające kwaśnym smakiem (wspaniałe do szarlotki), mięsiste pomidory z szypułkami wielkości korka od butelki, kwiat kalafiora, na którym grudki ziemii pięknie kontrastują z bielą warzywa. A do tego fasolkę szparagową tak ponętną, że aż dwulatka myliła ją z frytkami.

Nic dziwnego, że chciałam i Polę wprowadzić w arkana ogrodniczej pasji - w końcu naturalne wiktuały zagościły na naszym stole, w misach, lodówce na stałe.. Zbierane po drodze ze spaceru kwiatki, cudowne malutkie bukieciki i dom zastawiony kieliszkami z koniczyną i dmuchawcami upewniły mnie jeszcze, że "edukacja regionalna" (choćby zawężona do targu) to dobry kierunek i czas zainwestować w literaturę dotyczącą wszelkiego zielska. A potem zobaczyłam ceny tych książek i zmieniłam zdanie - będziemy uczyć się percepcyjnie.

Adaś odziedziczył po starszej siostrze książeczki edukacyjne. Kilka kontrastowych i takie podstawowe, z wydawnictwa Wilga, przedstawiające podstawowe warzywa i owoce. Zobaczyłam, jak oczka otwierają mu się ze zdziwienia na widok czarno-białego winogronu i takiego samego owocu w kolorze. Z zaciekawieniem porównywał chwilę oba obrazki, po czym chyba stwierdził, że bez prawdziwego owocu nie ma co się pochylać nad kartonową książką i poraczkował ku klockom. Za to na faktyczne owoce i warzywa reaguje z niekrytym entuzjazmem. Noszony na rękach radośnie wyciąga pulchne dłonie w kierunku jabłonki i płacze później, bo nie rozumie, że owoce wypada najpierw umyć. Podnosi w triumfalnym geście ręce dzierżąc w nich kawałki ogórka, po czym spektakularnie upuszcza jedzenie na podłogę (i zirytowany wali pięścią w stół). Wgryza swoich 5 małych ząbków w wielkie, dojrzałe jabłko tak mocno, że aż sok spływa na (czterdziestą chyba tego dnia) koszulkę. Jego siostra robi to samo. W ogrodzie wtranżalają co popadnie (czasem trochę trawy albo listek na zagryzkę), w domu wybrzydzają trochę i każą sobie te jabłka obierać. Ale już marchewkę do rosołu, taką twardą i świeżo obraną podkradają oboje. Razem z Polą kroimy pomidory na kolację. Te z targu i kilka naszych wyhodowanych na balkonie - nieprofesjonalnie i spontanicznie. Są mikro małe, ale są!

No, ale wracając do literatury dziecięcej - modne się zrobiły ostatnio książki popularnonaukowe dla dzieci. Triumfy święci oczywiście Animalium (w tej chwili w przecenie za jedyne 53,90zł). Popularne są jeszcze Ilustrowany inwentarz zwierząt i Ilustrowany inwentarz drzew wydawnictwa Zakamarki (44,91zł każdy!). Na mojej liście książek dziecięcych wartych zainteresowania są jeszcze dwie pozycje - Narwańcy, uwodziciele, samotnicy - przepiękny atlas zwierząt (44,90zł) i 1001 robaczków do odnalezienia - całkiem fajna książeczka, w stylu popularnej Ulicy Czereśniowej (za całkiem przyzwoite 20,80zł w Matrasie). Tak czy inaczej - żeby spełnić swoje własne marzenie dydaktyczno-literackie musiałabym wyskoczyć z blisko 200zł! A i tak nie wiadomo, czy Polka byłaby zainteresowana takim typem lektury. Poza tymi książkami edukacyjnymi zamarzyły mi się jeszcze Zielniki, a zwłaszcza ten o drzewach, trochę książek o jesieni (Rok w lesie, tudzież z tej samej serii Rok w przedszkolu). Kiedy zaczęłam wypełniać koszyk w Internecie okazało się, że jeszcze chwila, a pójdzie na to cała moja wypłata.

Poszłam więc do biblioteki. Odkryłam kilka fantastycznych zamienników, które bardzo Polę urzekły. Spełniają tę samą rolą - uczą i bawią. Mają fantastyczne ilustracje, kreski, które ja sama znam od dzieciństwa. Nie są najpiękniejsze. Trochę jak te warzywa i owoce niewypucowane i z pręgami rozpychającego się wnętrza kłębiących się tuż na wierzchu pomidorowej skórki - niosą treści, które wychowały pokolenia, są świetne, interesują małych czytelników, mimo, że nie są tak graficznie odpiowane. A przy okazji uczą, czym est biblioteka. Mamy teraz nowy rytuał wypożyczania książeczek. Uczymy się też większego do nich szacunku. To jak wygrana w totka. Stare wydawnictwa kryją w sobie dokładnie to samo, co nowe. A na Allegro można je kupić na własność za bezcen. W najbliższą niedzielę na rynku w Pszczynie będzie targ staroci. Zdecydowanie lepiej przejrzę stoiska ze starymi książkami i jestem pewna, że przynajmniej kilka perełek tam znajdę.

No, ale nie byłabym sobą, gdybym i tak kilku książek nie kupiła. To w końcu inwestycja w edukację dzieci. Kapitał włożony w kształtowanie ich wyobraźni. I arsenał biblioteczny na przyszłość, dla Adasia też. Cenę książek dzielę więc przez dwa i zamawiam kilka książek, które mam nadzieję rozświetlą nam nadchodzące słoty i mroki jesieni. Coś o warzywach i owocach też się znajdzie. I o tygrysie albo szopach praczach. Paczka w drodze.

Pola z zaciekawieniem kontempluje więc tukany, słucha o przygodach leśnych jeleni, dowiaduje się co to sen zimowy. A przy okazji przemierza ogród wespół z Piotrusiem Królikiem, powtarza warzywa i owoce. Adaś uczy się dotykowo. Bierze w rączki co tylko się da niepomny zarazków czy małych robaczków. Zupełnie ignoruje zagrożenie Toksoplazmozą i rozszerza swoją dietę o minerały gruntowe. Myślę, że on również czeka na tych kilka książeczek. I kolejną porcję natury na jutrzejszym "targu".

Komentarze

  1. Polecam Aros.pl - wszystko -35% ;) 5zł na stronie wydawnictwa - też mi promocja!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarz.

Popularne posty z tego bloga

Siostra i brat, czyli jak nam się poukładały ostatnie dwa miesiące

"Będą jak bliźnięta. Już za rok córka będzie przekonana, że miała brata od zawsze" - powiedziała na którejś wizycie ginekolożka (pewnie na widok mojej niepewnej miny i generalnego zdenerwowania ówczesnym stanem rzeczy).

Moja siostra jest ode mnie dużo starsza. Kiedy ona szła do liceum, ja, gówniara, próbowałam śpiewać z playbacku Majkę Jeżowską na akademiach w podstawówce. Nie przyjaźniłyśmy się. Chciałam na siłę szybko dorosnąć, żeby się ze mną zakolegowała. W zasadzie się udało, ale dopiero całkiem niedawno. Wiadomo - mąż, dzieci, praca. Teraz, kiedy mamy jakąś wspólnotę doświadczeń dogadujemy się nawet nieźle. Wcześniej zdecydowanie nie. Dlatego chciałam, by moje dzieci miały więcej ze sobą wspólnego. Mała różnica wieku, którą im z mężem zafundowaliśmy miała temu sprzyjać. I muszę Wam napisać - jest bardzo dobrze!

Dzieciaki dogadują się ze sobą świetnie, mimo, że Polka porozumiewa się równoważnikami zdań (z lekką skłonnością ku sienkiewiczowsko-afrykańskiego diale…

Z punktu widzenia mamy: Białka Tatrzańska - miejsce na urlop z dzieckiem?

Rodzinny wypoczynek w Białce Tatrzańskiej? To chyba jakiś żart. Wybierając to miejsce kierowałam się raczej udogodnieniami w hotelu i dobrą ofertą cenową, niż urokami miejscowości. No, bo kto z Was liczy na urocze i rodzinne chwile w zatłoczonym górskim top ten wakacyjnych wyjazdów?

Najgorzej byłoby chyba w samym Zakopanym. Białka Tatrzańska, Poronin i Bukowina Tatrzańska są na drugim miejscu jeśli chodzi o gwar, tłok i brak odpowiedniej infrastruktury urlopowo-dziecięcej. Samo miasto to tak na prawdę wieś biegnąca wzdłuż przelotowej trasy Zakopane-Nowy Targ. Ruch samochodowy jak w dużym mieście, chodnik wąski i tylko z jednej strony. Żadnych barierek - podziwiam rodziców puszczających swoje dzieci solo na takiej trasie. Wędrując z Kaniówki (gdzie mieszkaliśmy) do centrum Białki mija się najpierw enklawę pensjonatów dwugwiazdkowych i typowy polski, wakacyjny relaks. To oczywiście domy typu "U Joanny" czy "Pokoje u Basi" (przy dobrych wiatrach "Pensjonat pod Ta…

Nie karmię piersią

Karmi się piersią. I już. I kropka. Niekarmienie piersią opatrzone jest współczującymi okrzykami, internetowym poklepywaniem po plecach i grupami wsparcia - bo wiadomo, że skoro piersią nie karmię, to musiało wydarzyć się coś absolutnie strasznego.

Nagłówki krzyczą, że w zasadzie nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, że to nic złego, albo, że też można poczuć się jak pełnoprawna matka. Deprecjonujące podejście do niekarmienia piersią widać choćby w tych artykułach, które mówią, że od dziś już nie trzeba się tego wstydzić. Ergo - trzeba było (najwyraźniej do wczoraj), wyrzuty sumienia też trzeba było mieć. Wespół oczywiście ze świadomością szkody dla dziecka. Niekarmienie piersią - oblanie społecznego egzaminu z macierzyństwa.

Ale zaraz, chwileczkę. Zanim terrorystki laktacyjne zaczną piłować klawiaturę wyjaśnijmy kilka stałych w równaniu tego całego niekarmienia. Przede wszystkim nie twierdzę, że karmienie piersią jest mniej wartościowe. Nie twierdzę też, że karmienie butelką jest lepsze…