Przejdź do głównej zawartości

Dostawa zabawek (2+)

Pola miała jakiś czas temu urodziny, a co za tym idzie nową dostawę wszelakich dóbr dziecięcych. Nagle post sprzed kilku tygodni, w którym chwaliłam się, że malutka ma niewiele zabawek, że wybieram je sama i z rozwagą - mogłabym wywalić do kosza. Taka ot, wątpliwa aktualność bloga. Dobrze chociaż, że przy Zajączku obrodziło w tekstylia, bo malutka miałaby te prezenty za status quo.

Tak się szczęśliwie złożyło, że sama nie wybrałabym jej tak fajnych rzeczy, a to dlatego, że ominęły moją rodzicielską świadomość. Jakoś wyszłam z założenia, że wystarczy wejść na stronę Smyka, popatrzeć co kryje się w kategorii 2+ i znaleźć to samo, tylko ładniejsze i tańsze na Allegro. Jakoś przemysł zabawkowy przestał być dla mnie logiczną przestrzenią, po której poruszam się jak podczas biegu na orientację. Nie wiem skąd brać te rzeczy, nie mam czasu przekopywać sieci w ich poszukiwaniu.

A tu proszę, kilka nowych inspiracji, swoista konsumpcyjna epifania - dobre, fajne i nie zawsze drogie zabawki istnieją, mają się dobrze i są łatwo dostępne: w Tesco, w TK Maxx, online. Po wyszukane produkty wcale nie trzeba jechać specjalnie na targi rękodzieła, ani płacić za nie milionów monet na kolejnych z rzędu designerskich imprezach.

Polka jest taka jak ja - ambiwalentna w swoich upodobaniach. Ciągle jest gdzieś pomiędzy księżniczkami w różowych tiulach i treningami rugby. Uwielbia wróżki z delikatnymi skrzydełkami i ciężki sprzęt budowlany. A nasza rodzina i przyjaciele idealnie obstawili te dwa przeciwległe bieguny jej zainteresowań. I tak w paczkach urodzinowych (które zdaniem Poli również przyniósł Mikołaj - ba, zdaniem Poli nawet Zajączka przynosi Mikołaj!) pojawiła się cudna królewna, zestaw narzędzi, trochę samochodzików i jeszcze kilka wróżek.

Wszystkie zabawki mają być dydaktyczne - wiadomo. Dobrze jednak, jeśli mimo presji babć, matek i pań ze spożywczego nie idzie się w ów naukowy trend wychowawczy, a zabawki dydaktyczne jedynie bywają - przy okazji. Jeśli zatem idzie o naukę części garderoby i doskonalenie precyzji manualnej to rozpoczęliśmy ten wątek latem z książeczką Ubranka Eli. Ta zabawna historyjka (acz potrafiąca rykoszetem celnie strzelić w matkę i jej kompetencje rodzicielskie) o dziewczynce, która chce być ubrana praktycznie tylko w kapelusz stanowi rewelacyjną powtórkę z części garderoby właśnie: Ela nie chce bowiem sweterka, skarpetek, koszulki, spodenek, nawet wstążki do włosów nie chce. Po kolei ściąga więc z siebie wszystkie rzeczy, zakłada na zwierzaczki i jeszcze celem utrwalenia przynosi przyodzianą trzodę na finał opowieści. Wprowadzenie więc jest - czas a rozszerzanie wiedzy.

Najpierw trafiły do nas myszki z Goki i zestaw ubranek - absolutnie trafione! Akurat zbiegło się to w czasie z premierą Kopciuszka - tego z lat 50-tych, staro-disneyowskiego. Pola oglądała te myszki śpiewające i biegające przez 90 minut, a chwilę potem już odpakowywała identyczne i też mogła (jak Kopciuszek) je przebierać. Choć jeszcze nie jest tak wprawna manualnie i nie radzi sobie sama z tą zabawką, to polubiła ją bardzo i we dwie świetnie się bawimy. Myszki są zawadiackie. Zdecydowanie nie należą do lifestyle'owych trendsetterów, którzy ubierają się u Dolce & Gabbana. Mają ciuszki raczej proste i łatwe w przyodziewku. A przy tym są bardzo... wyluzowane. Jak na myszy przystało nie mają żadnych cech babskości czy galeriowego zadęcia - to nie zabawka, w której chodziłoby o styl i ciuchy same w sobie. Powiedziałabym raczej, że ubranka są dość siermiężne, ale w tym ich cały urok. Myszy wyglądają przez to jak wyjęte z kadrów bajki Disneya, tej "prawdziwej". Są konkretne a w beretach nałożonych na jedno ucho wyglądają jak z animowanej wersji Gangów z Nowego Jorku. Fantastyczne!






Uzupełnieniem tych posiadówek nad ciuchami jest jeszcze księżniczka magnetyczna od Melissa & Doug. Rewelacyjny pomysł - księżniczka Olivia jest jednym magnesem, a pozostałymi magnesami są stroje i akcesoria. To zabawka, którą Pola ogarnia samodzielnie i ma przy tym dużo radości. Przede wszystkim: nie trzeba precyzyjnie trafiać w cel, jak to się ma z drewnianymi puzzlami. Można po prostu położyć tę torebkę w okolicy ręki a magnes załatwi sprawę. Radość dwulatki - bezcenna. I tak, dzięki księżniczce Olivii (i cioci Agacie) Pola nauczyła się jak wiele odsłon ma korona, co to jest prawdziwa torebka pasująca idealnie do sukienki, że nosi się rękawiczki też do strojów wieczorowych i że jest różnica między różdżką a berłem. Wiedza - jak wiadomo podstawowa w życiu każdej kobiety.





Jak widzicie w kwestii ciuszków Pola ma wszystko. Trochę różu i trochę zadziornych zabawek. Urzeka mnie, kiedy z pieczołowitością dobiera odpowiednią koronę do sukienki by chwilę później chwycić swoją skrzynkę z narzędziami i pójść coś odkręcać.

Bo skrzynkę z narzędziami z Ikei też Pola dostała na urodziny, ale nasza miłość do Szwedzkiego koncernu nie powinna nikogo dziwić.

Mamy niepopularną w blogosferze skłonność do sieciówek. Polubiliśmy rodzinnie Tesco. Najpierw Adaś, który przypadkiem dostał prawie całą najnowszą kolekcję ciuszków z piratami (cudem od każdego coś innego!), potem Polka, bo od jednej z cioć dostała wielkie puzzle imitujące ulicę i kilka drewnianych autek do kompletu, a na koniec ja i mąż, bo kupiliśmy sobie herbatę marki Tesco i coraz częściej świadomie bierzemy Tesco value i sprawdzają się te rzeczy! Swoją drogą spójrzcie na to - bardzo podobna do wcześniej opisanej księżniczki, a cena zdecydowanie niższa!





Ulica, którą dostała Polka jest dla mnie mocno ukryta w czeluściach Internetu, więc nie linkuję. Ale opiszę Wam, bo zabawka jest bardzo, bardzo fajna. To 12 dużych puzzli, które połączone tworzą malutkie miasteczko ze szkołą, szpitalem, posterunkiem policji, sklepem no i oczywiście rondem (rzecz musi się dziać w Pszczynie!). Do kompletu są jeszcze trzy designerskie, drewniane autka, dwa znaki STOP i dwa sygnalizatory świetlne. Dziecko ma nie tylko frajdę z układania puzzli, ale też z zabawy samochodzikami. Zwłaszcza, że moje dziecko w szczególności od miesięcy ogląda z upodobaniem piosenkę Pan Policjant na YouTube, więc doskonale rozumie ideę sygnalizacji świetlnej i uroczo nuci pod nosem znajomą melodię zatrzymując przepisowo autko przed wjazdem na rondo. Matka pęka z dumy!





Wspominałam już o narzędziach z Ikei - żeby właściwie przedstawić równowagę w zainteresowaniach Poli muszę też napisać o domku dla lalek z Ikei i zestawie mebelków, które razem stworzyły przytulny kącik dla myszek Goki i zestawu wróżek i elfów z Małego Królestwa Bena i Holly. Kiedy zlecałam szwagrowi zaopatrzenie Poli w domek i mebelki nie sądziłam, że całość jest taka... do spersonalizowania. Zestaw mebelków zawiera też kilka kartonowych akcesoriów, które można własnoręcznie pokolorować, poskładać i mieć na regale Kallax w wersji mini (swoją drogą mamy teraz regał Kallax na regale Kallax - taka kompozycja szkatułkowa!) takąż samą mini wersję lampki, misę z owocami czy papugę (o lustrach, obrazach i oknach nie wspominając!). Pokolorowałam ja, ale pod czujnym okiem Poli i na razie nic jeszcze się nie zgubiło czy zniszczyło. Pola świetnie się tym wszystkim bawi. To pewnie z respektu dla Niani Śliwki i reszty wróżek - w końcu, jeśli w salonie z Ikei mieszka król wróżek - sprawę należy traktować poważnie (choć na zdjęciach poniżej w salonie lęgną się myszy a stado wróżek gotuje jakiś wywar w kuchni).







Przybyło nam tych zabawek. Nie narzekam! Jest czym aktywizować Polkę w deszczowe dni - a jeszcze spora część zabawek leży w kredensie i czeka na swoją kolej (bucik do wiązania, puzzle - wszystko gwiazdkowe jeszcze!) - chyba oszalałaby ze szczęścia, gdybym zasypała ją jednego dnia całą masą zabawek. Część schowałam i stopniowo dawkuję. Metoda sprawdza się i dzięki temu Pola wydajniej bawi się tym, co ma.

A ma sporo, więc niniejszym zamykam a) posta; b) okres tłustych miesięcy i nie przyjmuję podarków innych niż praktyczne i codzienne (bo umówmy się - te dodatkowe, letnie bluzeczki zawsze się przydają!).

Pozdrawiam Was ciepło (coraz bardziej wiosennie!)
O & bawiąca się P.

P.S.
Linki są przykładowe!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Z punktu widzenia mamy: Białka Tatrzańska - miejsce na urlop z dzieckiem?

Rodzinny wypoczynek w Białce Tatrzańskiej? To chyba jakiś żart. Wybierając to miejsce kierowałam się raczej udogodnieniami w hotelu i dobrą ofertą cenową, niż urokami miejscowości. No, bo kto z Was liczy na urocze i rodzinne chwile w zatłoczonym górskim top ten wakacyjnych wyjazdów?

Najgorzej byłoby chyba w samym Zakopanym. Białka Tatrzańska, Poronin i Bukowina Tatrzańska są na drugim miejscu jeśli chodzi o gwar, tłok i brak odpowiedniej infrastruktury urlopowo-dziecięcej. Samo miasto to tak na prawdę wieś biegnąca wzdłuż przelotowej trasy Zakopane-Nowy Targ. Ruch samochodowy jak w dużym mieście, chodnik wąski i tylko z jednej strony. Żadnych barierek - podziwiam rodziców puszczających swoje dzieci solo na takiej trasie. Wędrując z Kaniówki (gdzie mieszkaliśmy) do centrum Białki mija się najpierw enklawę pensjonatów dwugwiazdkowych i typowy polski, wakacyjny relaks. To oczywiście domy typu "U Joanny" czy "Pokoje u Basi" (przy dobrych wiatrach "Pensjonat pod Ta…

Siostra i brat, czyli jak nam się poukładały ostatnie dwa miesiące

"Będą jak bliźnięta. Już za rok córka będzie przekonana, że miała brata od zawsze" - powiedziała na którejś wizycie ginekolożka (pewnie na widok mojej niepewnej miny i generalnego zdenerwowania ówczesnym stanem rzeczy).

Moja siostra jest ode mnie dużo starsza. Kiedy ona szła do liceum, ja, gówniara, próbowałam śpiewać z playbacku Majkę Jeżowską na akademiach w podstawówce. Nie przyjaźniłyśmy się. Chciałam na siłę szybko dorosnąć, żeby się ze mną zakolegowała. W zasadzie się udało, ale dopiero całkiem niedawno. Wiadomo - mąż, dzieci, praca. Teraz, kiedy mamy jakąś wspólnotę doświadczeń dogadujemy się nawet nieźle. Wcześniej zdecydowanie nie. Dlatego chciałam, by moje dzieci miały więcej ze sobą wspólnego. Mała różnica wieku, którą im z mężem zafundowaliśmy miała temu sprzyjać. I muszę Wam napisać - jest bardzo dobrze!

Dzieciaki dogadują się ze sobą świetnie, mimo, że Polka porozumiewa się równoważnikami zdań (z lekką skłonnością ku sienkiewiczowsko-afrykańskiego diale…

Nie karmię piersią

Karmi się piersią. I już. I kropka. Niekarmienie piersią opatrzone jest współczującymi okrzykami, internetowym poklepywaniem po plecach i grupami wsparcia - bo wiadomo, że skoro piersią nie karmię, to musiało wydarzyć się coś absolutnie strasznego.

Nagłówki krzyczą, że w zasadzie nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, że to nic złego, albo, że też można poczuć się jak pełnoprawna matka. Deprecjonujące podejście do niekarmienia piersią widać choćby w tych artykułach, które mówią, że od dziś już nie trzeba się tego wstydzić. Ergo - trzeba było (najwyraźniej do wczoraj), wyrzuty sumienia też trzeba było mieć. Wespół oczywiście ze świadomością szkody dla dziecka. Niekarmienie piersią - oblanie społecznego egzaminu z macierzyństwa.

Ale zaraz, chwileczkę. Zanim terrorystki laktacyjne zaczną piłować klawiaturę wyjaśnijmy kilka stałych w równaniu tego całego niekarmienia. Przede wszystkim nie twierdzę, że karmienie piersią jest mniej wartościowe. Nie twierdzę też, że karmienie butelką jest lepsze…