Krótka charakterystyka użytkownika: dziewczynka, 17 miesięcy. Bardzo żywotna. Nie lubi za długo siedzieć w jednym miejscu. Interesuje się wieloma rzeczami, ale najbardziej ze wszystkiego kocha swojego Misia. Dużym uczuciem darzy pozostałe pluszaki i zwierzęta (głównie zwierzęta wiejskie). Powoli poznaje świat. Uwielbia opowieści nad książeczkami - ważne jednak, żeby za dużo jej nie czytać, a prawie wszystko opowiadać używając kuszących pytań w stylu "O zobacz!", "A co to?", "Gdzie jest?", "Co tu się dzieje?". Najlepiej, jeśli książka odnosi się do indywidualnych doświadczeń dziewczynki i nie jest abstrakcyjna - przesadna innowacja ją nudzi.
Zarys problemu: ciężko o dobrą książkę dla dziecka w tym wieku. Na półkach sklepowych mamy albo proste, wręcz banalne książki o kształtach, kolorach, zwierzakach. Te, rekomendowane dla wieku 12-24 miesiące (w porywie 2 latka) to schematyczne mini-podręczniki do podstaw poznawania świata: geometria, zajęcia praktyczno-techniczne, dom i przyroda. Książeczki są małe, kartonowe, ubogie graficznie i powtarzane przez wszystkie chyba wydawnictwa dziecięce. Znajdziemy więc setki różnych książeczek o porach roku, wierzętach wiejskich, o kolorach czy figurach.
Drugi sort książeczek to te oryginalne i niepowtarzalne, które blogosfera uwielbia. Ja osobiście podchodzę do nich dość sceptycznie. Chodzi mi tu głównie o pozycje z oryginalną, często abstrakcyjną lub futurystyczną grafiką, o odjechanej tematyce, poruszającej tematy zbyt meta dla przeciętnego dziecka. Ciężko mi uwierzyć (a nasza praktyka tylko to potwierdza), że moje dziecko zainteresuje się książką, w której niedźwiadek wygląda jak kompilacja rombów we wszystkich kolorach tęczy, albo Czerwonym Kapturkiem, który rysowany jest w estetyce gotyckiej. To książki dla rodziców, nie dla dzieci. Często przepiękne, nie zawsze jednak odpowiednie dla dziecięcych możliwości percepcyjnych.
Trzecia kategoria książeczek dla tej grupy wiekowej to trywializowane aranżacje klasycznych bajek: Złotowłosa na cztery strony czy Kopciuszek w sześciu obrazkach. W takich wydawnictwach namnażane są grafomańskie wierszyki, rymowanki bez polotu spłycające piękne bajki do banalnych wyliczanek. Osobiście wolę poczekać jeszcze kilka lat, aż moja córka zainteresuje się dłuższym tekstem czytanym, i przedstawiać jej przepiękne oryginały niż teraz posiłkować się banałami - które swoją drogą jej nie interesują.
Polka nie lubi rymowanek. Nie znosi kiedy tracę jej czas na recytację, choćby się rymowało - odwraca uwagę, odchodzi. Nie przepada też za ciągłym tekstem. Woli ilustracje. Ważne, żeby były czytelne, żeby sama mogła pochylać się nad książeczkami i cieszyć z odnajdywania szczegółów. Monochromatyczne, z dużą ilością detali - takie odpadają. Dlatego tak bardzo lubi przygody Ulicy Czereśniowej. Zna już Wiosnę na ulicy Czereśniowej, Lato na ulicy Czereśniowej i Noc na Ulicy Czereśniowej. A właśnie kupiłam jej Jesień... (na wrzesień). Lubi też proste, przyzwoicie ilustrowane książeczki o zwierzakach: Rozbrykany Konik, Mała Owieczka, Ciekawska Krówka, Kapryśna Kaczuszka i Mały Kotek. Pokochała książeczki o Eli (Ubranka Eli i Kwiaty od Eli). Całkiem chętnie przegląda encyklopedię maluszka o porach roku i malutkie książeczki z ilustracjami do znanych wierszy polskich (wierszy nadal, niezmiennie nie chce słyszeć). Mamy dla niej jeszcze rozkładaną książkę Czerwony pociąg i pełną ciekawych detali, dużą Opowiem ci. mamo, co robią auta. Nie budzą one aż takiego entuzjazmu Poli. Ku ubolewaniu matki, czyli mnie, brakiem zainteresowania cieszy się też cudowna opowieść o romansie kury z listem, czyli Złodziej kury.
Niby tak wyliczam i wyliczam, ciągle taszczymy ze sobą na wyjazdy ulubione książeczki Poli - nie tak ciężko, znaczy się, dostać jakąś przyzwoitą pozycję literacką dla małego szkraba. Jasne, to nie tak, że ich nie ma, ale nie są one za dobrze dostępne, a w jednej księgarni wszystkich się nie uświadczy, o nie!
Seria o Czereśniowej bywa w dużych sieciówkach, ale wiecznie wykupiona albo te, co już mamy. Podobnie książeczki o zwierzakach. Te Pola dostaje najczęściej od teściowej, chyba ma swoje dojścia. Książeczki o Eli są, online wszędzie, ale żeby je wymacać i obejrzeć w księgarni, upewnić się, że fabuła fajna - prawie niedostępne. Kupowałam w sieci "na czuja". Reszta książeczek w sieciówkach - badziewie. Kolorowe, tandetne, bez polotu, bez morału i z kiepską grafiką produkcje dla chrzestnych i dalekich cioć, żeby miały co kupić na prezent. Rodzic zorientowany (a już rodzic filolog to w szczególności!), który lektury dla swojego dziecka wybiera rozważnie i powoli, takiego chłamu nie kupi. Ma za to ochotę na Erica Carle'a (którego z kolei moja córka nie znosi), albo inne Mamoko (którego Pola również do ręki nie weźmie). Rodzic-filolog kupiłby połowę asortymentu księgarni takich jak Zła Buka w Katowicach czy Bookiestra (na placu Kilara, w nowym NOSPR, też K-ce) - co z tego, że książki w większości przerysowane (dosłownie), dedykowane starszym czytelnikom (3+) albo nastawione na tekst, nie na ilustrację. A do tego koszmarnie drogie (kartonowa książeczka stron słownie 10 - 40zł). No i jak tu dobrać do wieku i temperamentu dziecka nowy sort lektur (bo stare się znudziły, wałkowane kilka razy dziennie)?
Coś się znajdzie! Bez obaw. Rynek jest tak pojemny, że dobrych książek dla dzieci nie brakuje. Osobiście dokonałam dziś zakupów na skandalizującą kwotę stając się właścicielką blisko 10-ciu fantastycznych (moim zdaniem) książek dla pótoraroczniaka. Problem w tym, że po część musiałam pojechać (do trzech księgarni, przez dwie godziny przeglądając kilka półek z książkami), resztę zamówić (niepewna, czy dostanę takie, które Poli się spodobają). Tu dodatkowo benzyna i czas, tu kurier (czy kilku). W takich warunkach ciężko o dobre zakupy książkowe.
Nie kupuję książek na przyszłość. Nawet, jeśli znajduję absolutną perełkę - gust mojej córki ewoluuje za bardzo. Zmienia się z miesiąca na miesiąc i za rok może tych misiów mieć już za dużo (słyszałam od dziadków, że zaczyna się faza na muchy). Kupuję więc raz a porządnie i dawkuję małej książeczki po jednej, po dwie. A potem ten nowy sort czytamy do upadłego, oglądamy w skupieniu albo rysujemy po książkach z furią (zależy jak zostanie przyjęta). Takie zakupy książkowe uskuteczniam średnio raz na 6 miesięcy, często (święta, urodziny) pozwalam rodzinie na pomoc, bo jednak średnia 20zł/książka daje porażające rachunki, jeśli kupować je hurtem.
Rozwiązanie frustracji matki: rewizja kategorii 12-24 na sklepowych półkach, być może zasięgnięcie porady literaturoznawcy, psychologa dziecięcego i matki (najlepiej w jednym - polecam się) i włożenie tam książek, które krążą w złych sektorach (np. 3+, albo w ogóle nigdzie nie są klasyfikowane). Inną opcją jest wywalenie stamtąd tych trudnych i skomplikowanych graficznie książek "dla rodzica" do osobnej kategorii - nie wiem, może "sztuka literacka"?
Jak widać nie jest to problem samej literatury dziecięcej, ale jej klasyfikacji i odpowiedniej ekspozycji, dostępności. To oczywiście też kwestia tego hurtowo tworzonego badziewia literackiego, ale w sumie tak samo płodny jest plastik zabawkowy i tandeta telewizyjnych bajek dla dzieciaków - nie ma więc co się dziwić. A może właśnie czas w końcu się zbuntować? Co by się musiało stać, żeby "cenzura wydawnicza" przestała przepuszczać na rynek kolorowy i bezsensowny chłam a skupiła na nowych, młodych twórcach fajnych i ciekawych książek dla dzieci? Sama bym napisała, a jakże, mogę nawet zilustrować (od biedy) - ale pomysłów fabularnych nie mam żadnych, pustka. Drogie mamy - może to jest szansa na kreatywny biznes? Tyle się mówi o matkach, które na macierzyńskim rozkręciły firmy i zbiły fortunę znajdując niszę na rynku - książki! Jak zawsze książek brakuje, więc jeśli wymyślacie dla swoich dzieciaków niestworzone historie (najlepiej podszyte zamysłem dydaktycznym - bo nikt nie przekona Marysi do zjedzenia jarzynowej lepiej niż Miś w samolocie) to uderzajcie do wydawnictw albo do bezrobotnych absolwentów ASP i fortuna jest wasza.
Pozdrawiam ciepło,
O.
Zarys problemu: ciężko o dobrą książkę dla dziecka w tym wieku. Na półkach sklepowych mamy albo proste, wręcz banalne książki o kształtach, kolorach, zwierzakach. Te, rekomendowane dla wieku 12-24 miesiące (w porywie 2 latka) to schematyczne mini-podręczniki do podstaw poznawania świata: geometria, zajęcia praktyczno-techniczne, dom i przyroda. Książeczki są małe, kartonowe, ubogie graficznie i powtarzane przez wszystkie chyba wydawnictwa dziecięce. Znajdziemy więc setki różnych książeczek o porach roku, wierzętach wiejskich, o kolorach czy figurach.
Drugi sort książeczek to te oryginalne i niepowtarzalne, które blogosfera uwielbia. Ja osobiście podchodzę do nich dość sceptycznie. Chodzi mi tu głównie o pozycje z oryginalną, często abstrakcyjną lub futurystyczną grafiką, o odjechanej tematyce, poruszającej tematy zbyt meta dla przeciętnego dziecka. Ciężko mi uwierzyć (a nasza praktyka tylko to potwierdza), że moje dziecko zainteresuje się książką, w której niedźwiadek wygląda jak kompilacja rombów we wszystkich kolorach tęczy, albo Czerwonym Kapturkiem, który rysowany jest w estetyce gotyckiej. To książki dla rodziców, nie dla dzieci. Często przepiękne, nie zawsze jednak odpowiednie dla dziecięcych możliwości percepcyjnych.
Trzecia kategoria książeczek dla tej grupy wiekowej to trywializowane aranżacje klasycznych bajek: Złotowłosa na cztery strony czy Kopciuszek w sześciu obrazkach. W takich wydawnictwach namnażane są grafomańskie wierszyki, rymowanki bez polotu spłycające piękne bajki do banalnych wyliczanek. Osobiście wolę poczekać jeszcze kilka lat, aż moja córka zainteresuje się dłuższym tekstem czytanym, i przedstawiać jej przepiękne oryginały niż teraz posiłkować się banałami - które swoją drogą jej nie interesują.
Polka nie lubi rymowanek. Nie znosi kiedy tracę jej czas na recytację, choćby się rymowało - odwraca uwagę, odchodzi. Nie przepada też za ciągłym tekstem. Woli ilustracje. Ważne, żeby były czytelne, żeby sama mogła pochylać się nad książeczkami i cieszyć z odnajdywania szczegółów. Monochromatyczne, z dużą ilością detali - takie odpadają. Dlatego tak bardzo lubi przygody Ulicy Czereśniowej. Zna już Wiosnę na ulicy Czereśniowej, Lato na ulicy Czereśniowej i Noc na Ulicy Czereśniowej. A właśnie kupiłam jej Jesień... (na wrzesień). Lubi też proste, przyzwoicie ilustrowane książeczki o zwierzakach: Rozbrykany Konik, Mała Owieczka, Ciekawska Krówka, Kapryśna Kaczuszka i Mały Kotek. Pokochała książeczki o Eli (Ubranka Eli i Kwiaty od Eli). Całkiem chętnie przegląda encyklopedię maluszka o porach roku i malutkie książeczki z ilustracjami do znanych wierszy polskich (wierszy nadal, niezmiennie nie chce słyszeć). Mamy dla niej jeszcze rozkładaną książkę Czerwony pociąg i pełną ciekawych detali, dużą Opowiem ci. mamo, co robią auta. Nie budzą one aż takiego entuzjazmu Poli. Ku ubolewaniu matki, czyli mnie, brakiem zainteresowania cieszy się też cudowna opowieść o romansie kury z listem, czyli Złodziej kury.
Niby tak wyliczam i wyliczam, ciągle taszczymy ze sobą na wyjazdy ulubione książeczki Poli - nie tak ciężko, znaczy się, dostać jakąś przyzwoitą pozycję literacką dla małego szkraba. Jasne, to nie tak, że ich nie ma, ale nie są one za dobrze dostępne, a w jednej księgarni wszystkich się nie uświadczy, o nie!
Seria o Czereśniowej bywa w dużych sieciówkach, ale wiecznie wykupiona albo te, co już mamy. Podobnie książeczki o zwierzakach. Te Pola dostaje najczęściej od teściowej, chyba ma swoje dojścia. Książeczki o Eli są, online wszędzie, ale żeby je wymacać i obejrzeć w księgarni, upewnić się, że fabuła fajna - prawie niedostępne. Kupowałam w sieci "na czuja". Reszta książeczek w sieciówkach - badziewie. Kolorowe, tandetne, bez polotu, bez morału i z kiepską grafiką produkcje dla chrzestnych i dalekich cioć, żeby miały co kupić na prezent. Rodzic zorientowany (a już rodzic filolog to w szczególności!), który lektury dla swojego dziecka wybiera rozważnie i powoli, takiego chłamu nie kupi. Ma za to ochotę na Erica Carle'a (którego z kolei moja córka nie znosi), albo inne Mamoko (którego Pola również do ręki nie weźmie). Rodzic-filolog kupiłby połowę asortymentu księgarni takich jak Zła Buka w Katowicach czy Bookiestra (na placu Kilara, w nowym NOSPR, też K-ce) - co z tego, że książki w większości przerysowane (dosłownie), dedykowane starszym czytelnikom (3+) albo nastawione na tekst, nie na ilustrację. A do tego koszmarnie drogie (kartonowa książeczka stron słownie 10 - 40zł). No i jak tu dobrać do wieku i temperamentu dziecka nowy sort lektur (bo stare się znudziły, wałkowane kilka razy dziennie)?
Nie kupuję książek na przyszłość. Nawet, jeśli znajduję absolutną perełkę - gust mojej córki ewoluuje za bardzo. Zmienia się z miesiąca na miesiąc i za rok może tych misiów mieć już za dużo (słyszałam od dziadków, że zaczyna się faza na muchy). Kupuję więc raz a porządnie i dawkuję małej książeczki po jednej, po dwie. A potem ten nowy sort czytamy do upadłego, oglądamy w skupieniu albo rysujemy po książkach z furią (zależy jak zostanie przyjęta). Takie zakupy książkowe uskuteczniam średnio raz na 6 miesięcy, często (święta, urodziny) pozwalam rodzinie na pomoc, bo jednak średnia 20zł/książka daje porażające rachunki, jeśli kupować je hurtem.
Rozwiązanie frustracji matki: rewizja kategorii 12-24 na sklepowych półkach, być może zasięgnięcie porady literaturoznawcy, psychologa dziecięcego i matki (najlepiej w jednym - polecam się) i włożenie tam książek, które krążą w złych sektorach (np. 3+, albo w ogóle nigdzie nie są klasyfikowane). Inną opcją jest wywalenie stamtąd tych trudnych i skomplikowanych graficznie książek "dla rodzica" do osobnej kategorii - nie wiem, może "sztuka literacka"?
Jak widać nie jest to problem samej literatury dziecięcej, ale jej klasyfikacji i odpowiedniej ekspozycji, dostępności. To oczywiście też kwestia tego hurtowo tworzonego badziewia literackiego, ale w sumie tak samo płodny jest plastik zabawkowy i tandeta telewizyjnych bajek dla dzieciaków - nie ma więc co się dziwić. A może właśnie czas w końcu się zbuntować? Co by się musiało stać, żeby "cenzura wydawnicza" przestała przepuszczać na rynek kolorowy i bezsensowny chłam a skupiła na nowych, młodych twórcach fajnych i ciekawych książek dla dzieci? Sama bym napisała, a jakże, mogę nawet zilustrować (od biedy) - ale pomysłów fabularnych nie mam żadnych, pustka. Drogie mamy - może to jest szansa na kreatywny biznes? Tyle się mówi o matkach, które na macierzyńskim rozkręciły firmy i zbiły fortunę znajdując niszę na rynku - książki! Jak zawsze książek brakuje, więc jeśli wymyślacie dla swoich dzieciaków niestworzone historie (najlepiej podszyte zamysłem dydaktycznym - bo nikt nie przekona Marysi do zjedzenia jarzynowej lepiej niż Miś w samolocie) to uderzajcie do wydawnictw albo do bezrobotnych absolwentów ASP i fortuna jest wasza.
Pozdrawiam ciepło,
O.
Dobry tekst! Chwilami zatrzymywałam się i rozważałam głębiej zdanie albo dwa. Nie zabrakło też momentów z bananem na twarzy. ;)
OdpowiedzUsuńCiekawa jestem na jakie książki się skusiłaś.
Oli ma 19 miesięcy i u nas są na topie ruchome książki, wielkoformatowe z czytelną grafiką (niekoniecznie kartonowe), rymowanki, harmonijki oraz krótkie opowiadania. :)
Powoli czas chyba uczyć maluchy książek papierowych. Mimo wszystko za mało jest na rynku dobrych, kartonowych wydawnictw. Dzięki za miłe słowa o tym tekście, zwłaszcza, ze w kwestii książeczek dziecięcych mocno przodujesz ;)
UsuńTo ja polecę 2 ulubione książki Tymka. Jedna "zwykła", tania, ale z solidnymi dość ilustracjami (uwaga, papierowa! - Tymek mimo swej ruchliwości z książkami obchodzi się nawet delikatnie - o ile nie leży na podłodze i nie prosi się o podeptanie): http://czytam.pl/k,ks_299763,Wiersze-Brzechwa-Jan.html
OdpowiedzUsuńa druga to Mamoko, coś w stylu Czereśniowa, tyle, że to polska książeczka (jedną Czereśniową też mamy i lubiana owszem jest, jednak Mamoko wygrywa:).
A z tych książek dla dzieci z dobrą ilustracją (choć może dla grupy dzieci starszych nieco niż nasze obecnie), zapoznać się warto z też polską ilustratorką - Iwoną Chmielewską - w blogosferze o niej chyba wcale, a szkoda...
"...bezrobotnych absolwentów ASP..". To już wcale nie wygląda tak tragicznie :)
UsuńWidzisz, kwestia preferencji, Pola Mamoko srednio odbiera. Chmielewska znam (koleżanka po ASP mi polecała ;), ale dla mnie to jest sztuka ilustracji. Widzisz, moja teoria jest taka, ze na razie książki maja byc narzędziem, nie uczyć estetyki czy historii sztuki ale prostych desygnatów. Dopiero przyjdzie czas na taka ilustracje - świetna swoją droga. Taka lekko skandynawska, w moim stylu! :)
OdpowiedzUsuńMoże coś z serii "1001 drobiazgów...". Jest kilka tomów, my mamy "Na wsi". Książeczki podobne do "Ulicy Czereśniowej", duże ilustracje, akcja, mnóstwo szczegółów. Moja córka (w wieku Poli) bardzo lubi.
OdpowiedzUsuń