Myślałam, że trudno jest być mamą, i to mamą dwójki dzieci na macierzyńskim. Drwiłam z kogoś, kto nazwał ten magiczny czas urlopem i zasypiałam umęczona po dniówce w towarzystwie najbardziej energicznych maluchów na świecie. Z pietyzmem dbałam o mieszkanie i z błogością łapałam półgodzinne drzemki potomstwa, kiedy to mogłam w spokoju wypić kawę.
Teraz z nostalgią wspominam ten czas. Okazuje się, moi drodzy, że matka pracująca to kierat o wiele cięższy. Luksus skupienia się na jednej tylko rzeczy i możliwość porzucenia wielozadaniowości na rzecz spokojnej pracy nie równoważy trudów rezygnacji z aktywnego macierzyństwa.
Pracująca matka bardzo dużo traci. Kiedy łapiesz jedynie 2-3 ostatnie godziny dnia z dziećmi, po czym zbyt zmęczona by zająć się domem padasz na kanapę przed telewizorem - nie można mówić o satysfakcjonującym życiu rodzinnym. Nagle maminy całus przestaje być lekarstwem na wszystko. Po jakimś czasie orientujesz się, że twój mozolnie wypracowany system poszedł w odstawkę, a rodzina robi teraz wszystko w innym trybie. Nie wiesz jak starszak znosi przedszkole, a malec zimowy kombinezon. Nie widzisz, jak malutki nosek marszczy się od mroźnej temperatury, jak nagle kończą się krzyki i protesty na kurtkę i czapkę (bo okazują się niezbędne przy minusowej temperaturze). Omija cię rozentuzjazmowana dziewczynka opowiadająca o pierwszej próbie jasełkowej, o koleżance Wiktorii. Przestajesz rozpoznawać matki innych dzieci w przedszkolu i nie wiesz już nawet w który dzień dzieciaki mają zajęcia umuzykalniające, a kiedy angielski.
A mimo wszystko starasz się nadgonić te braki i gnasz do przedszkola, by wysłuchać o ocenie parametrycznej dziecka, rozwiązać bieżące problemy, zaangażować się w zbiórkę nakrętek, na czas zorganizować strój mikołajowy, śnieżynki i czarownicy. Ćwiczysz wierszyk na jasełka i klaszczesz brawo, kiedy malutka próbuje swój taniec śnieżynek. Uczysz kolęd.
A kiedy jesteś zmęczona na maksa i nie masz już na nic ochoty, pakujesz dzieci do auta i jedziesz całą rodziną po choinkę, wspólnie ją ubieracie (choć roczny chłopczyk ma inne plany). Wspólnie bawicie się autkami, kiedy oczy ci się zamykają, kolorujesz, bawisz się w berka, chowanego. A to wszystko w wolnym czasie, bo przecież po pracy musisz zorganizować zakupy spożywcze, pojechać po mięso na rosół, warzywa na targ, robisz kolacje, śniadania, planujesz obiady. Prasujesz zapamiętale wieczorami ucząc się na studia zaoczne, bo sesja puka do drzwi a statystyka sama się nie zrozumie.
No i jeszcze ten roczniak! Ledwo co miał urodziny, trzeba było wszystkich zaprosić, balony podmuchać, znaleźć prezenty, tort, wrócić na czas z uczelni by wszystko przygotować. Wystroić solenizanta (i jego siostrę), wysprzątać mieszkanie (a chociaż dziecięcy pokój). W czasie kiedy byłam w pracy Adaś nauczył się chodzić, wykonywać proste polecenia. Codziennie odkrywa świat po swojemu i powoli zaczyna go nawet nazywać słowami. A to już nie jest nasz świat, tylko ich - dzieci i taty. I opiekunów okazyjnych, czyli babć i cioć. Niby nie jest dobrze tak dzieciakom zmieniać nadzorcę, ale powiedzcie mi, co lepsze? Kochająca rodzina, czy żłobek?
Ach, zapomniałabym - jeszcze urodziny kuzynek, sióstr, dzieci zaprzyjaźnionych i własnych...
No i do tego wszystkiego dochodzi jeszcze praca - problemy z grupami, szefowa nieodpisująca na ważne maile, przerażająco duża ilość godzin w stosunku do dość niskiej pensji, przygotowywanie zajęć do wczesnych godzin porannych, zamrożone auto o poranku i nie zawsze przyjemne przebieżki w mrozie po fabryce. Długie kursy autem i migrowanie od domu do domu na korepetycjach. Ból głowy jest coraz silniejszy. Podobno to stres i zmęczenie. Tak samo jak bóle kręgosłupa. I brzucha. Bo jak długo można kłaść się spać o 2 i wstawać o 6 każdego dnia?
Utrzymuję takie tempo od 3 miesięcy i wymiękam. Nie ma co się dziwić, że nie przejmujemy się świętami - po prostu nie zostaje już na to ani czasu, ani energii. Dziś "wciskam" w grafik ostatnie niezbędne sprawunki i odwołuję zajęcia od środy. W końcu jasełka to optymalny powód. I to pierwsze!
Pozdrawiam Was,
Olga
P.S.
Zapraszam na mojego Instagrama. Tam bywam częściej niż na blogu, bo wrzucanie zdjęć jest ciut szybsze niż pisanie posta (i to na kolanie pisanie, bo muszę już gnać ratować choinkę przed chodzącą, roczną fascynacją lampkami ;)
Teraz z nostalgią wspominam ten czas. Okazuje się, moi drodzy, że matka pracująca to kierat o wiele cięższy. Luksus skupienia się na jednej tylko rzeczy i możliwość porzucenia wielozadaniowości na rzecz spokojnej pracy nie równoważy trudów rezygnacji z aktywnego macierzyństwa.
Pracująca matka bardzo dużo traci. Kiedy łapiesz jedynie 2-3 ostatnie godziny dnia z dziećmi, po czym zbyt zmęczona by zająć się domem padasz na kanapę przed telewizorem - nie można mówić o satysfakcjonującym życiu rodzinnym. Nagle maminy całus przestaje być lekarstwem na wszystko. Po jakimś czasie orientujesz się, że twój mozolnie wypracowany system poszedł w odstawkę, a rodzina robi teraz wszystko w innym trybie. Nie wiesz jak starszak znosi przedszkole, a malec zimowy kombinezon. Nie widzisz, jak malutki nosek marszczy się od mroźnej temperatury, jak nagle kończą się krzyki i protesty na kurtkę i czapkę (bo okazują się niezbędne przy minusowej temperaturze). Omija cię rozentuzjazmowana dziewczynka opowiadająca o pierwszej próbie jasełkowej, o koleżance Wiktorii. Przestajesz rozpoznawać matki innych dzieci w przedszkolu i nie wiesz już nawet w który dzień dzieciaki mają zajęcia umuzykalniające, a kiedy angielski.
A mimo wszystko starasz się nadgonić te braki i gnasz do przedszkola, by wysłuchać o ocenie parametrycznej dziecka, rozwiązać bieżące problemy, zaangażować się w zbiórkę nakrętek, na czas zorganizować strój mikołajowy, śnieżynki i czarownicy. Ćwiczysz wierszyk na jasełka i klaszczesz brawo, kiedy malutka próbuje swój taniec śnieżynek. Uczysz kolęd.
A kiedy jesteś zmęczona na maksa i nie masz już na nic ochoty, pakujesz dzieci do auta i jedziesz całą rodziną po choinkę, wspólnie ją ubieracie (choć roczny chłopczyk ma inne plany). Wspólnie bawicie się autkami, kiedy oczy ci się zamykają, kolorujesz, bawisz się w berka, chowanego. A to wszystko w wolnym czasie, bo przecież po pracy musisz zorganizować zakupy spożywcze, pojechać po mięso na rosół, warzywa na targ, robisz kolacje, śniadania, planujesz obiady. Prasujesz zapamiętale wieczorami ucząc się na studia zaoczne, bo sesja puka do drzwi a statystyka sama się nie zrozumie.
No i jeszcze ten roczniak! Ledwo co miał urodziny, trzeba było wszystkich zaprosić, balony podmuchać, znaleźć prezenty, tort, wrócić na czas z uczelni by wszystko przygotować. Wystroić solenizanta (i jego siostrę), wysprzątać mieszkanie (a chociaż dziecięcy pokój). W czasie kiedy byłam w pracy Adaś nauczył się chodzić, wykonywać proste polecenia. Codziennie odkrywa świat po swojemu i powoli zaczyna go nawet nazywać słowami. A to już nie jest nasz świat, tylko ich - dzieci i taty. I opiekunów okazyjnych, czyli babć i cioć. Niby nie jest dobrze tak dzieciakom zmieniać nadzorcę, ale powiedzcie mi, co lepsze? Kochająca rodzina, czy żłobek?
Ach, zapomniałabym - jeszcze urodziny kuzynek, sióstr, dzieci zaprzyjaźnionych i własnych...
No i do tego wszystkiego dochodzi jeszcze praca - problemy z grupami, szefowa nieodpisująca na ważne maile, przerażająco duża ilość godzin w stosunku do dość niskiej pensji, przygotowywanie zajęć do wczesnych godzin porannych, zamrożone auto o poranku i nie zawsze przyjemne przebieżki w mrozie po fabryce. Długie kursy autem i migrowanie od domu do domu na korepetycjach. Ból głowy jest coraz silniejszy. Podobno to stres i zmęczenie. Tak samo jak bóle kręgosłupa. I brzucha. Bo jak długo można kłaść się spać o 2 i wstawać o 6 każdego dnia?
Utrzymuję takie tempo od 3 miesięcy i wymiękam. Nie ma co się dziwić, że nie przejmujemy się świętami - po prostu nie zostaje już na to ani czasu, ani energii. Dziś "wciskam" w grafik ostatnie niezbędne sprawunki i odwołuję zajęcia od środy. W końcu jasełka to optymalny powód. I to pierwsze!
Pozdrawiam Was,
Olga
P.S.
Zapraszam na mojego Instagrama. Tam bywam częściej niż na blogu, bo wrzucanie zdjęć jest ciut szybsze niż pisanie posta (i to na kolanie pisanie, bo muszę już gnać ratować choinkę przed chodzącą, roczną fascynacją lampkami ;)
Komentarze
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarz.