Barbie jest fajna. Niektórzy twierdzą, że nie jest, ale ja osobiście uważam że Barbie jest całkiem wporzo. A uświadczam tego motywu nad wyraz często, odkąd moja córka skończyła trzy lata. Inaczej niż u Ruby Soho , u nas przygoda zaczęła się bardzo dawno temu pewnym... fail start'em. Kiedy Polka była bardzo, bardzo mała mój tata, a Poli dziadek, kupił jej, w akcie niekontrolowanej, dziadczynej miłości lalkę Barbie. Ojciec mój od lat jest wiernym miłośnikiem Marilyn Monroe więc kierowany własną estetyką wybrał dla swojej wnuczki blondynkę o iście kalifornijskiej urodzie. Pola miała półtora roku i nie miała jeszcze wyrobionego w tej kwestii zdania, więc niewiele myśląc zdarła z lali różową kieckę (która momentalnie zaginęła) i zatargała dziewczynę do wanny, jak przystało na surferską urodę Barbie. Bezimienna, plastikowa piękność pętała się od tego czasu tu i ówdzie, głównie naga, niewpisując się specjalnie w zabawy małej dziewczynki. Pewnego dnia trafiła do kosza z zabawkami...