Pewnie myślicie, że u nas cisza i spokój. Że monotonia życia na macierzyńskim, i to drugim z rzędu, nie nadaje się do publikacji. Może Wam się też wydawać, że zwyczajnie nie mam czasu pisać bo wcześniej wspomniana proza życia wypłukuje mnie z kreatywności stylistycznej. No nie, zdecydowanie nie! Luty u nas nerwowy. Moja rodzina traktuje go jak permanentną fiestę i nie przestaje świętować: urodziny mamy, imieniny siostry, imieniny mamy i moje urodziny plus urodziny kilkorga znajomych. Marzec też otwiera przed nami podobne perspektywy: urodziny i imieniny ojca, urodziny Polki, imieniny teściowej, urodziny męża. Cholera cholerą pogania i przekleństwa namnażają się proporcjonalnie do wzrostu wydatków prezentowych, ale trudno już. Wszystkie te urodzinowe kawy, torty, szarlotki i posiadówy mają w sobie pewien specyficzny urok. Przede wszystkim natłok świętowania sprawia, że żyję jak w Dynastii - co weekend kiecka, obcasy i obciskające gacie, fryzura i nowy lakier do paznokci. W końcu nie ...